...na pisanie ;p
Wakacje w pełni i mimo, że ten tydzień jest dla mnie dość luźny to i tak zabiegana jestem. Na całe szczęście dzieciaki są świetne. Naprawdę jestem pod wrażeniem jak grzeczne są ostatnio. Mimo, że z reguły dobrze się zachowują, to jednak zawsze przynajmniej raz w tygodniu miały swój zły dzień, kiedy miało się ochotę wyjść, trzasnąć drzwiami i nigdy nie wracać. Ale teraz to jakbym miała dwa aniołki w domu. Oby tak dalej!
Ostatnio częściej zagląda do nas słońce, a prognozy są dość optymistyczne, więc istnieje szansa na przynajmniej przyzwoite lato. Ten weekend cały spędzę w Londynie, i mam zamiar urządzić sobie wycieczkę rowerową po londyńskich parkach. Z kolei dzisiaj znowu pojawię się na koncercie The Robbie Boyd Band, a potem pożegnanie Leoni (trochę to dołujące, że co tydzień muszę się z kimś żegnać). A w niedzielę spektakl w the Globe! "Richard III".
Podsumowując, nadal jest dobrze :)
20 lip 2012
9 lip 2012
update
Siedzę sobie przed kompem, wcinam prince polo i słyszę jak w pokoju na dole moja rodzinka rozmawia z przyszłą potencjalną au pair. Jakoś tak nie mogę uwierzyć, że to wszystko powoli dobiega końca. Dwa tygodnie temu bawiłam się na imprezie pożegnalnej Mariany (było fantastico! ;) polecam imprezy w Camden!:) ), w piątek będzie pożegnalny lunch z Aurea, a 20go ostatnia impreza z Leoni. Niesamowite jak człowiek może się przywiązać do ludzi w tak krótkim czasie... nigdy siebie o to nie podejrzewałam :) wtajemniczeni wiedzą, że jestem raczej na dystans i niewiele ludzi naprawdę lubię (przyjaciele możecie się czuć wyróżnieni, jesteście wyjątkowi ;p ) To wszystko powoduje, że popadam w jakiś melancholijny nastrój, no i ta moja huśtawka nastrojów "wracać?", "zostać?". Tzn. ja chyba w głębi serca wiem, czego chcę, ale zwyczajnie boję się tego ryzyka. Boję się podjęcia tej decyzji, tak jakbym czekała na niewiadomo co, że może ktoś zadecyduje za mnie. No i boję się konsekwencji. To oczywiste.
A tak z innej beczki, to w końcu zobaczyłam stadion FC Chelsea, oraz odkryłam zakamarki Westminster Abbey, więc oficjalnie mogę ogłosić, że widziałam już w Londynie wszystko o czym marzyłam. Teraz tylko wracam do tych najukochańszych miejsc.
Dodatkowo odwiedziłam polski sklep w Hammersmith. Nie sądziłam, że zakup paru produktów spożywczych może sprawić taką radość :) I do tego usłyszeć polski język koło siebie... naprawdę mi tego brakowało. W tym tygodniu mam ambitny plan ulepić pierogi, ale zobaczymy co z tego będzie :)
Poza tym białe klify i Stonehenge wciąż nieodkryte - pogoda rujnuje moje plany podróżnicze, więc trzeba się skupiać na życiu towarzyskim. Trochę się dzieje, ale w którym kierunku pójdzie to i owo to nie mam pojęcia... że też niektórych ludzi nie mogłam poznać na początku mojego pobytu tutaj...
I to tyle z mojego sprawozdania. Mogę jeszcze dodać, że dzisiaj bezboleśnie minął pierwszy dzień wakacji :)
From London with love,
H. :)
A tak z innej beczki, to w końcu zobaczyłam stadion FC Chelsea, oraz odkryłam zakamarki Westminster Abbey, więc oficjalnie mogę ogłosić, że widziałam już w Londynie wszystko o czym marzyłam. Teraz tylko wracam do tych najukochańszych miejsc.
Dodatkowo odwiedziłam polski sklep w Hammersmith. Nie sądziłam, że zakup paru produktów spożywczych może sprawić taką radość :) I do tego usłyszeć polski język koło siebie... naprawdę mi tego brakowało. W tym tygodniu mam ambitny plan ulepić pierogi, ale zobaczymy co z tego będzie :)
Poza tym białe klify i Stonehenge wciąż nieodkryte - pogoda rujnuje moje plany podróżnicze, więc trzeba się skupiać na życiu towarzyskim. Trochę się dzieje, ale w którym kierunku pójdzie to i owo to nie mam pojęcia... że też niektórych ludzi nie mogłam poznać na początku mojego pobytu tutaj...
I to tyle z mojego sprawozdania. Mogę jeszcze dodać, że dzisiaj bezboleśnie minął pierwszy dzień wakacji :)
From London with love,
H. :)
4 lip 2012
to już pół roku
pół roku
6 miesięcy
180 dni
4320 godzin
259200 minut
15552000 sekund
***
Zajadam się bekonem, jem frytki z majonezem, chipsy to już nie przekąska, ale część składowa mojego posiłku, piję tylko kawę z Costy, nadal nie rozumiem jak można jeść pizze bez ketchupu oraz nie solić makaronu.
Ubieram się tak jakby temperatura była co najmniej 5 stopni wyższa.
Przechodzę na czerwonym świetle nawet gdy w moim kierunku pędzi rozpędzona taksówka lub autobus.
Kradnę miejsca parkingowe kapitanowi ulubionej drużyny piłkarskiej.
Pytam się ludzi "how are you?" nie oczekując odpowiedzi.
Jeżdżę po złej stronie jezdni (ale wciąż tak samo mizernie jak po tej dobrej)
Za bilet całodzienny płacę równowartość 65zł i uważam, że to normalne.
Nie włączam kierunkowskazu zjeżdżając z ronda.
Mam znajomych z najróżniejszych zakątków świata.
Ciągle mówię "thanks" i "please".
And of course I always mind the gap :)
***
Czas leci nieubłaganie, z jednej strony mam wrażenie jakbym dopiero co przyleciała, a z drugiej czuję jakbym była tu od zawsze.
Były momenty lepsze i gorsze. Takie, które będę wspominać do końca życie i takie, które wolałabym wymazać z pamięci.
Pojawili się ludzie, których będę pamiętać przez długie lata i tacy, których imion za kolejne pół roku już nie będę sobie w stanie przypomnieć.
Były podróże jak marzenie, i trochę mniej udane wyprawy.
Była tęsknota za domem, były też myśli, że do tego domu już nie chcę wracać.
Czuję, że oto nadszedł już ten moment, kiedy moja au pair przygoda powinna się zakończyć, bo więcej już z niej nie wycisnę, że już czas na kolejne zmiany. No ale zostały jeszcze trzy miesiące, i nie zamierzam dezerterować wcześniej.
A co będzie dalej? Czas pokaże. Zawsze, niezależnie co się działo, spadałam na cztery łapy. I w ogólnym rozrachunku moje decyzje zazwyczaj okazywały się słuszne. Tak więc czekam na to co się wydarzy i staram się, mimo wszystko, myśleć pozytywnie.
6 miesięcy
180 dni
4320 godzin
259200 minut
15552000 sekund
***
Zajadam się bekonem, jem frytki z majonezem, chipsy to już nie przekąska, ale część składowa mojego posiłku, piję tylko kawę z Costy, nadal nie rozumiem jak można jeść pizze bez ketchupu oraz nie solić makaronu.
Ubieram się tak jakby temperatura była co najmniej 5 stopni wyższa.
Przechodzę na czerwonym świetle nawet gdy w moim kierunku pędzi rozpędzona taksówka lub autobus.
Kradnę miejsca parkingowe kapitanowi ulubionej drużyny piłkarskiej.
Pytam się ludzi "how are you?" nie oczekując odpowiedzi.
Jeżdżę po złej stronie jezdni (ale wciąż tak samo mizernie jak po tej dobrej)
Za bilet całodzienny płacę równowartość 65zł i uważam, że to normalne.
Nie włączam kierunkowskazu zjeżdżając z ronda.
Mam znajomych z najróżniejszych zakątków świata.
Ciągle mówię "thanks" i "please".
And of course I always mind the gap :)
***
Czas leci nieubłaganie, z jednej strony mam wrażenie jakbym dopiero co przyleciała, a z drugiej czuję jakbym była tu od zawsze.
Były momenty lepsze i gorsze. Takie, które będę wspominać do końca życie i takie, które wolałabym wymazać z pamięci.
Pojawili się ludzie, których będę pamiętać przez długie lata i tacy, których imion za kolejne pół roku już nie będę sobie w stanie przypomnieć.
Były podróże jak marzenie, i trochę mniej udane wyprawy.
Była tęsknota za domem, były też myśli, że do tego domu już nie chcę wracać.
Czuję, że oto nadszedł już ten moment, kiedy moja au pair przygoda powinna się zakończyć, bo więcej już z niej nie wycisnę, że już czas na kolejne zmiany. No ale zostały jeszcze trzy miesiące, i nie zamierzam dezerterować wcześniej.
A co będzie dalej? Czas pokaże. Zawsze, niezależnie co się działo, spadałam na cztery łapy. I w ogólnym rozrachunku moje decyzje zazwyczaj okazywały się słuszne. Tak więc czekam na to co się wydarzy i staram się, mimo wszystko, myśleć pozytywnie.
27 cze 2012
koncertowo!

Właśnie wróciłam z koncertu The Robbie Boyd Band. Domyślam się, że ta nazwa nikomu nic nie mówi :) W sobotę usłyszałyśmy ten świetny zespół na Portobello Road. I była to miłość od pierwszego wejrzenia! Są naprawdę niesamowici! Muzyka, którą grają to jak sami ją określają "funky folk", klimat trochę podobny według mnie do Mumford and Sons.
22 cze 2012
Dawno, dawno temu...
...w odległej galaktyce... w Surrey świeciło słońce, na niebie nie można było dostrzec ani jednej chmury, a temperatura przekraczała 25stopni.
Niestety zła strona mocy zwyciężyła i czasy gdy spędzałam czas piknikując w londyńskich parkach oraz zdobywając opaleniznę w domowych ogrodach odeszły w zapomnienie... naprawdę mam po dziurki w nosie tej pogody. Oczywiście zawsze może być gorzej, ale tak czy siak, dołuje mnie ten deszcz, wiatr i pochmurne niebo.
A tak poza tym, to powolutku kończą mi się pomysły na wycieczki. W Londynie widziałam już 90% tego co chciałam, została mi tylko Westminster Abbey i Stadion Chelsea, ale to zostawiam sobie na wrzesień. Bilety do Buckingham Palace i na spektakl w The Globe mam już kupione. Może skuszę się jednak na London Eye... ale cena mnie trochę odstrasza... ostatnio dość dużo wydawałam i cierpię teraz na niedobór gotówki :/ Z dalszych wycieczek zostało mi tylko Folkestone, ale tam pojadę tylko jeśli powróci iście letnia pogoda. Co do Stonehenge, to w sumie nie jestem jakaś mega zdeterminowana żeby tam pojechać, no i tam też przydałaby się ładna pogoda. Wczoraj przyszedł mi do głowy pomysł, aby pojechać do Stratford Upon Avon. Jeśli ktoś był, i wie, że nie warto, to niech da znać :) Oczywiście fajnie by było pojechać do północnej Anglii, ale na to potrzeba więcej czasu i pieniędzy :(
Za dwa tygodnie dzieciaki zaczynają wakacje, więc się zacznie... jak to Josefine ujęła "kończą się nasze wakacje, trzeba zacząć naprawdę pracować" :D Na całe szczęście dzieciaki mają co nieco zaplanowane, ale to nie zmienia faktu, że jednak pracy będę miała zdecydowanie dużo więcej. Już na samą myśl o tym czuję się zmęczona ;p
Plan na ten weekend: Hampton Court (w końcu!) + Londyn ?
Plan na kolejny weekend: imprezy! Mariana wyjeżdża, więc nie obędzie się bez "goodbye party". Poza sobotą i niedzielą, będę miała dodatkowe trzy dni wolne, jako, że moja rodzina wyjeżdża do dziadków. Wręcz idealnie, żeby gdzieś pojechać, ale jak już wspomniałam, oszczędności mi się kończą, a muszę coś zaoszczędzić na tydzień wakacji w sierpniu. Do tego jako, że wszyscy w tygodniu pracują musiałabym jechać sama, a jakoś nie mam specjalnie ochoty na samotne wojaże. No zobaczymy... coś się na pewno wymyśli :)
*zdjęcia pochodzą z Chelsea Physic Garden
Niestety zła strona mocy zwyciężyła i czasy gdy spędzałam czas piknikując w londyńskich parkach oraz zdobywając opaleniznę w domowych ogrodach odeszły w zapomnienie... naprawdę mam po dziurki w nosie tej pogody. Oczywiście zawsze może być gorzej, ale tak czy siak, dołuje mnie ten deszcz, wiatr i pochmurne niebo.
A tak poza tym, to powolutku kończą mi się pomysły na wycieczki. W Londynie widziałam już 90% tego co chciałam, została mi tylko Westminster Abbey i Stadion Chelsea, ale to zostawiam sobie na wrzesień. Bilety do Buckingham Palace i na spektakl w The Globe mam już kupione. Może skuszę się jednak na London Eye... ale cena mnie trochę odstrasza... ostatnio dość dużo wydawałam i cierpię teraz na niedobór gotówki :/ Z dalszych wycieczek zostało mi tylko Folkestone, ale tam pojadę tylko jeśli powróci iście letnia pogoda. Co do Stonehenge, to w sumie nie jestem jakaś mega zdeterminowana żeby tam pojechać, no i tam też przydałaby się ładna pogoda. Wczoraj przyszedł mi do głowy pomysł, aby pojechać do Stratford Upon Avon. Jeśli ktoś był, i wie, że nie warto, to niech da znać :) Oczywiście fajnie by było pojechać do północnej Anglii, ale na to potrzeba więcej czasu i pieniędzy :(
Za dwa tygodnie dzieciaki zaczynają wakacje, więc się zacznie... jak to Josefine ujęła "kończą się nasze wakacje, trzeba zacząć naprawdę pracować" :D Na całe szczęście dzieciaki mają co nieco zaplanowane, ale to nie zmienia faktu, że jednak pracy będę miała zdecydowanie dużo więcej. Już na samą myśl o tym czuję się zmęczona ;p
Plan na ten weekend: Hampton Court (w końcu!) + Londyn ?
Plan na kolejny weekend: imprezy! Mariana wyjeżdża, więc nie obędzie się bez "goodbye party". Poza sobotą i niedzielą, będę miała dodatkowe trzy dni wolne, jako, że moja rodzina wyjeżdża do dziadków. Wręcz idealnie, żeby gdzieś pojechać, ale jak już wspomniałam, oszczędności mi się kończą, a muszę coś zaoszczędzić na tydzień wakacji w sierpniu. Do tego jako, że wszyscy w tygodniu pracują musiałabym jechać sama, a jakoś nie mam specjalnie ochoty na samotne wojaże. No zobaczymy... coś się na pewno wymyśli :)
*zdjęcia pochodzą z Chelsea Physic Garden
Co tam Oxford, postudiujmy w Cambridge! ;)
Byłam w Oxfordzie, to i w Cambridge wypadało się pojawić. Zwłaszcza, że moja hostka kończyła ten uniwersytet i oczywiście zachwalała, że sto razy lepszy niż Oxford :) I rzeczywiście, Cambridge to urokliwe miejsce, które zdecydowanie bardziej mi się podobało.
Z Londynu można tam dojechać w godzinę pociągiem ze stacji King's Cross. Ceny ze wstęp do collegów zbliżone do oxfordzkich. Warto się zorientować kiedy trwa tam sesja egzaminacyjna, bo wtedy większość collegów jest zamknięta dla zwiedzających. Polecam wybrać się również na "rejs" wzdłuż rzeki w takich łódkach, troszeczkę podobnych do tych co pływają u nas po Dunajcu, ale oczywiście o wiele mniejszych (ceny od 10 do 20 funtów). Te łódeczki obsługują młodzi, nierzadko przystojni panowie, którzy poopowiadają wam co nieco o Uniwersytecie i mieście.
Z Londynu można tam dojechać w godzinę pociągiem ze stacji King's Cross. Ceny ze wstęp do collegów zbliżone do oxfordzkich. Warto się zorientować kiedy trwa tam sesja egzaminacyjna, bo wtedy większość collegów jest zamknięta dla zwiedzających. Polecam wybrać się również na "rejs" wzdłuż rzeki w takich łódkach, troszeczkę podobnych do tych co pływają u nas po Dunajcu, ale oczywiście o wiele mniejszych (ceny od 10 do 20 funtów). Te łódeczki obsługują młodzi, nierzadko przystojni panowie, którzy poopowiadają wam co nieco o Uniwersytecie i mieście.
20 cze 2012
Canterbury Tales
Od kiedy Henryk VIII pokazał środkowy palec papieżowi i Anglia stała się krajem protestanckim, za główne biskupstwo wyznaczono arcybiskupstwo w mieście Canterbury. Do tej pory prymasem Anglii jest arcybiskup Canterbury. A turyści, w tym spore grono au pairek zjeżdża tam tłumnie by podziwiać majestatyczną Canterbury Cathedral :) Sama Katedra chyba lepiej prezentuje się na zdjęciach niż w rzeczywistości chociaż oczywiście na żywo też robi pewne wrażenie. Wystrój Katedry jest bardzo surowy, nie ma się co spodziewać przepychu charakterystycznego dla naszych polskich, katolickich kościołów. Za wstęp do Katedry i krypty trzeba zapłacić 9funtów. My darowałyśmy sobie wejście do krypty i po prostu udałyśmy się do Katedry na Mszę, co by zaoszczędzić te pare funtów :) Jeśli chodzi o samo miasto, to jest ono bardzo kameralne. Wąskie uliczki, kilka mniejszych kościołów, ruiny zamku, niewielkie wzgórze z dość ładnym widokiem na miasto. I tyle. Do tego tylko jedna godzina drogi pociągiem z Londynu i na jednodniową wycieczkę jak znalazł.
19 cze 2012
Zmęczenie materiału...
Za dwa tygodnie Mariana wraca do Meksyku.
Za sześć tygodni wylatuje Leoni.
W połowie sierpnia wyjeżdża Anne, Josefine i Aurea...
Coraz bardziej do mnie dociera, że nadchodzi czas pożegnań, że niedługo to ja będę kupować bilet do domu...
Ostatnio odczuwam pewne zmęczenie materiału, ciągle chodzę śpiąca i zmęczona. Sześć miesięcy to chyba ten moment, że już człowiekowi się dalej nie chce... Znajomi wyjeżdżają, powolutku kończy się lista pomysłów na weekendy, dzieci stają się coraz bardziej irytujące, tęsknota za domem jest coraz większa i ma się już dosyć mieszkania 'u kogoś'. Naprawdę podziwiam dziewczyny, które są au pair rok albo nawet i dłużej.
To było niezwykle intensywne pół roku, poznałam świetnych ludzi (ostatnio grono znajomych powiększyło się o wesołą grupę z Kurdystanu:) ), zdobyłam nowe doświadczenia, chyba nabrałam trochę pewności siebie, widziałam masę przepięknych miejsc, w Londynie czuję się prawie jak u siebie, odżyłam po mało udanym ostatnim roku w Gdańsku. Ale wszystko co dobre, musi się kiedyś skończyć, nie można żyć na walizkach, w końcu trzeba gdzieś zapuścić korzenie, a przynajmniej ja jestem na takim etapie w życiu, że czuję już taką potrzebę. Pytanie tylko, gdzie? Czuję, że niezależnie jaką decyzję podejmę, to będę jej żałować. Każdy kij ma dwa końce, i mocne argumenty stoją po każdej ze stron. Naprawdę nie mam zielonego pojęcia co robić dalej ze swoim życiem, w którym kierunku iść dalej. Zawsze miałam jakieś plany, jakąś wizję przyszłości, ale teraz pustka w głowie. Jakiś czas temu usłyszałam, że nie powinnam podejmować żadnej decyzji, niech życie zadecyduje za mnie... tak się chyba jednak nie da...
Za sześć tygodni wylatuje Leoni.
W połowie sierpnia wyjeżdża Anne, Josefine i Aurea...
Coraz bardziej do mnie dociera, że nadchodzi czas pożegnań, że niedługo to ja będę kupować bilet do domu...
Ostatnio odczuwam pewne zmęczenie materiału, ciągle chodzę śpiąca i zmęczona. Sześć miesięcy to chyba ten moment, że już człowiekowi się dalej nie chce... Znajomi wyjeżdżają, powolutku kończy się lista pomysłów na weekendy, dzieci stają się coraz bardziej irytujące, tęsknota za domem jest coraz większa i ma się już dosyć mieszkania 'u kogoś'. Naprawdę podziwiam dziewczyny, które są au pair rok albo nawet i dłużej.
To było niezwykle intensywne pół roku, poznałam świetnych ludzi (ostatnio grono znajomych powiększyło się o wesołą grupę z Kurdystanu:) ), zdobyłam nowe doświadczenia, chyba nabrałam trochę pewności siebie, widziałam masę przepięknych miejsc, w Londynie czuję się prawie jak u siebie, odżyłam po mało udanym ostatnim roku w Gdańsku. Ale wszystko co dobre, musi się kiedyś skończyć, nie można żyć na walizkach, w końcu trzeba gdzieś zapuścić korzenie, a przynajmniej ja jestem na takim etapie w życiu, że czuję już taką potrzebę. Pytanie tylko, gdzie? Czuję, że niezależnie jaką decyzję podejmę, to będę jej żałować. Każdy kij ma dwa końce, i mocne argumenty stoją po każdej ze stron. Naprawdę nie mam zielonego pojęcia co robić dalej ze swoim życiem, w którym kierunku iść dalej. Zawsze miałam jakieś plany, jakąś wizję przyszłości, ale teraz pustka w głowie. Jakiś czas temu usłyszałam, że nie powinnam podejmować żadnej decyzji, niech życie zadecyduje za mnie... tak się chyba jednak nie da...
God Save The Queen!
Jeśli komuś jakimś cudem umknęła ta informacja, to dwa tygodnie temu cała Anglia hucznie świętowała 60-lecie panowania królowej Elżbiety II. W całym kraju odbywały się festyny, koncerty, street parties itp. Domy i samochody przystrojone były w brytyjskie flagi, a ludzie nie rzadko mieli na sobie ciuchy bądź dodatki związane z Diamentowym Jubileuszem. Miło było przyglądać się temu jak Anglicy potrafią cieszyć się tym wydarzeniem, i jak bardzo są dumni ze swojej królowej i ze swojego kraju. Chociaż temat dumy narodowej Anglików to temat rzeka, i pewnie cały kolejny post można by było temu poświęcić.
Najważniejsze wydarzenia miały miejsce oczywiście w Londynie, gdzie mimo nienajlepszej pogody na ulicę wyszły tłumy. W niedzielę można było podziwiać tysiące łódek i statków płynących wzdłuż Tamizy. Niestety ludzi było tak dużo, że jedyne co udało mi się zobaczyć to skrawek rzeki, nawet masztu żadnej łódki nie widziałam :) Ale sama jestem sobie winna, bo nad Tamizą zjawiliśmy się zdecydowanie za późno, żeby zawalczyć o dobre miejscówki. Wieczorem świętowaliśmy już we własnym gronie na domówce w Londynie. Mogę tylko powiedzieć, że mimo nadmiaru wina było absolutnie świetnie! :) Następnego dnia wybraliśmy się do Hyde Parku obejrzeć na telebimach koncert spod Pałacu Buckingham. Nie wiem czy był on transmitowany przez jakąkolwiek polską telewizję, ale jeżeli ktoś miał okazję go obejrzeć, to na pewno zdaje sobie sprawę jak fantastycznie był on zorganizowany. Być w Londynie i móc wsłuchiwać się w Paula McCartney'a czy też Eltona John'a... ehhh.... brak mi słów, żeby to opisać! Najpiękniejsze momenty wieczoru to chyba 'Let It Be', 'Live and Let Die', oraz bardzo udane przemówienie Księcia Karola. Kolejny dzień to już parada z udziałem królowej zakończona spotkaniem z poddanymi pod Buckingham Palace. Muszę przyznać, że tłum śpiewający 'God Save The Queen', powiewające flagi, i uśmiech królowej mogą wzruszyć nawet obcokrajowca :)
Najważniejsze wydarzenia miały miejsce oczywiście w Londynie, gdzie mimo nienajlepszej pogody na ulicę wyszły tłumy. W niedzielę można było podziwiać tysiące łódek i statków płynących wzdłuż Tamizy. Niestety ludzi było tak dużo, że jedyne co udało mi się zobaczyć to skrawek rzeki, nawet masztu żadnej łódki nie widziałam :) Ale sama jestem sobie winna, bo nad Tamizą zjawiliśmy się zdecydowanie za późno, żeby zawalczyć o dobre miejscówki. Wieczorem świętowaliśmy już we własnym gronie na domówce w Londynie. Mogę tylko powiedzieć, że mimo nadmiaru wina było absolutnie świetnie! :) Następnego dnia wybraliśmy się do Hyde Parku obejrzeć na telebimach koncert spod Pałacu Buckingham. Nie wiem czy był on transmitowany przez jakąkolwiek polską telewizję, ale jeżeli ktoś miał okazję go obejrzeć, to na pewno zdaje sobie sprawę jak fantastycznie był on zorganizowany. Być w Londynie i móc wsłuchiwać się w Paula McCartney'a czy też Eltona John'a... ehhh.... brak mi słów, żeby to opisać! Najpiękniejsze momenty wieczoru to chyba 'Let It Be', 'Live and Let Die', oraz bardzo udane przemówienie Księcia Karola. Kolejny dzień to już parada z udziałem królowej zakończona spotkaniem z poddanymi pod Buckingham Palace. Muszę przyznać, że tłum śpiewający 'God Save The Queen', powiewające flagi, i uśmiech królowej mogą wzruszyć nawet obcokrajowca :)
18 cze 2012
Kew Gardens
Czas pouzupełniać braki w relacjach z wypraw po angielskiej ziemi. Zaczynamy od miejsca przepięknego, i jednego z moich ulubionych w Londynie. Kew Gardens to ogromny kompleks ogrodów i szklarni w południowo-zachodnim Londynie. Dostać się tam można metrem (District Line) bądź Overgroundem. Wstęp normalnie kosztuje 14.50, ale na całe szczęście miejsce to jest dostępne w ramach oferty 2for1. Ogrody są naprawdę rozległe, więc warto zarezerwować sobie cały słoneczny dzień na spacer tamtejszymi alejkami. Co do słońca, to ostatnio jest go tutaj jak na lekarstwo. Jeżeli tak ma wyglądać lato w Anglii to ja dziękuję bardzo...
Kilka fotek z Kew Gardens:
Kilka fotek z Kew Gardens:
31 maj 2012
Off the beaten track
Bo Londyn to nie
tylko West End, Big Ben i London Eye!
Gdziekolwiek
jestem lubię zapuszczać się w rejony rzadziej uczęszczane przez turystów. Tylko
wtedy można naprawdę poznać miasto, które się odwiedza. Pretekstem do wybrania
się do dzielnicy Hackney były dwa muzea: Bethnal Green Museum of Childhood oraz
Geffrye Museum. To pierwsze przenosi nas w czasy dzieciństwa, zarówno naszego,
jak i naszych rodziców, dziadków, czy prapradziadków. Geffrye Museum to również
powrót do przeszłości, ale pod kątem wystroju wnętrz. Co ważne, oba muzea kuszą
napisem ‘free admissions’ :)
Jako,
że nie są to miejsca wielkości Natural History czy też V&A Museums to
miałyśmy z dziewczynami jeszcze całe popołudnie do zagospodarowania. Najpierw
przeszłyśmy okolicę wzdłuż i wszerz, jednocześnie zajadając się kanapkami z
pobliskiego tesco, a potem zdecydowałyśmy, że wsiadamy w pierwszy autobus jaki
przyjedzie na najbliższy przystanek i odkrywamy tajemnice dzielnicy :) Tak się złożyło, że autobus jechał w kierunku Hackney Wick. Nie miałyśmy
zielonego pojęcia, gdzie to jest, czy warto tam jechać, i gdzie powinniśmy
wysiąść, ale to właśnie sprawiło, że świetnie się bawiłyśmy. Jak tylko
zobaczyłam tabliczkę „London Fields” stwierdziłam, że tam właśnie musimy
wysiąść. (London Fields to park, i jednocześnie tytuł książki Martina Amisa,
która dostąpiła zaszczytu znalezienia się w mojej pracy mgr ;) ). Dzięki temu
odnalazłyśmy też ciekawe miejsce na wypad na piwo. Taka trochę obskurna
piwiarnia z muzyką na żywo, niedaleko przystanku kolejowego London Fields :) Jak się później dowiedziałam jest stamtąd całkiem niedaleko do Stratford,
gdzie znajdują się główne areny zbliżających się Igrzysk Olimpijskich. Tam mam
nadzieję również wkrótce zawitam.
Kilka fotek Hackney:
Geffrye Museum:
30 maj 2012
Idealna Host Family
Czytając post Angeli po raz kolejny dotarło do mnie jak wielkie miałam szczęście trafiając do mojej rodziny. I aż się głupio poczułam jak sobie przypomniałam momenty, kiedy włączała mi się w głowie lampka pt. 'polskie marudzenie'. Te wszystkie gorsze chwile wydają się być tak nieistotne w porównaniu do codziennej, naprawdę kolorowej rzeczywistości. Jestem u rodziny, która nie traktuje au pair jak taniej siły roboczej, nie wykorzystuje jej kiedy tylko może, dba o to, aby czuła się komfortowo, staje po jej stronie kiedy dzieci nie zachowują się tak jak powinny. Mam host rodziców, którzy już teraz myślą jak zorganizować letnie wakacje, żeby nie były one dla mnie zbyt wyczerpujące, którzy z wyrozumiałością podchodzą do niedopieczonego burgera na obiad, czy też zniszczonego zderzaka w samochodzie, którzy zatrudniają au pair, bo tego wymaga od nich ich zapracowany styl życia, a nie po to, by ktoś ich wyręczał w wychowywaniu ich dzieci. Mam host rodzinę, która wywiązuje się ze wszystkiego, co zostało ustalone przed moim przyjazdem, która nie płaci żałosnych stawek za opiekę nad ich dziećmi, bo zdaje sobie sprawę, że ta praca to nie jest taka łatwizna i sama przyjemność. Mam host mum, która nadużywa słowa "lovely", host dad, który upaja się możliwością wyśmiewania moich nawyków żywieniowych, psa, który uwielbia zjadać moje japonki, i dwójkę dzieci, które kiedyś spowodują, że umrę ze zmęczenia skacząc z nimi godzinami na trampolinie :) Udało mi się trafić na inteligentnych ludzi, którzy mądrze wychowują swoje dzieci. I wszystkim przyszłym au pair życzę tego samego.
28 maj 2012
London, I LOVE YOU!
Zaniedbuję bloga strasznie! Wiem, przepraszam, obiecuję poprawę. Tyle do opowiedzenia, ale albo brakuje czasu, albo zwyczajnie nie potrafię ująć w słowach tego jak jest fantastycznie. Uwielbiam to miasto, uwielbiam tę pogodę, która tydzień temu do nas zawitała, uwielbiam fakt, że starczyło mi odwagi, żeby zrobić sobie przerwę od marazmu i rutyny i tutaj przyjechać.
Postaram się zrobić sobie jakąś listę tematów, które miałam poruszyć i może powolutku, po kolei uda mi się wszystko nadrobić.
Postaram się zrobić sobie jakąś listę tematów, które miałam poruszyć i może powolutku, po kolei uda mi się wszystko nadrobić.
"By seeing London, I have seen as much of life as the world can show."
"When a man is tired of London, he is tired of life; for there is in London all that life can afford."
Samuel Johnson
21 maj 2012
Subskrybuj:
Posty (Atom)











