Godzina 23, siedzę sobie przed kompem, w tle leci Amy.
Właśnie zakończyłam swój finansowy "rachunek sumienia" oraz podjęłam ostateczne decyzje dotyczące mojego przyszłotygodniowego urlopu. Zrezygnowałam z kilkudniowej wycieczki na północ. Zamiast tego będzie kilka jednodniowych wycieczek w te miejsca, które jeszcze chciałam zobaczyć w południowej Anglii przed powrotem do Polski.
Wybrałam też swój lot powrotny do domu... tyle tylko, że ręka jakoś nie kwapi się do kliknięcia "rezerwuj"... no zwyczajnie jakoś nie mogę. Tak jakbym liczyła na to, że nagle wydarzy się coś niespodziewanego, co spowoduje, że zostanę w Anglii na dłużej. Naprawdę nie sądziłam, że wyjazd stąd będzie dla mnie taki trudny. To były przecudowne miesiące, jeśli nie najlepsze, to jedne z najlepszych w moim życiu i ciężko powiedzieć "to już jest koniec". Ale z drugiej strony... to w Gdańsku mam ludzi, na których mogę liczyć, tych, którzy znają mnie nie od dziś i mimo wszystko nadal nie mają mnie dość. A tutaj, no cóż... jakby mi się coś stało, to do kogo miałabym się zwrócić o pomoc... czas weryfikuje wszystko i wiem, że te osoby, na których mogłabym polegać już wyjechały. Te które zostały, to po prostu znajomi. I tyle. (Choć w przypadku niektórych liczyłam na więcej i się solidnie zawiodłam. Trochę to smutne.)
A co do pożegnań... Josefine miała swoje w Loop Bar w Londynie. Byłyśmy już tam w marcu świętując jej urodziny i w piątek bawiłyśmy się równie dobrze, co ostatnim razem. Impreza zakończyła się o 3 nad ranem, a my opuściłyśmy Londyn około południa (oczywiście mega zmęczone i zasypiające w pozycji stojącej) :) Cały poranek spędziłyśmy spacerując po Londynie... wschodzące słońce, cisza, spokój, powoli budzące się miasto... nie ma nic cudowniejszego niż Londyn o 6 nad ranem... nie można nie kochać tego miejsca... wow... ale ja będę tęsknić...
21 sie 2012
17 sie 2012
Prze pola i lasy, aby zobaczyć kamienie!
Oczywiście nie byle jakie kamienie. Takie, co to mają kilka tysięcy lat i noszą wdzięczną nazwę
Stonehenge. Zanim podążyłyśmy szlakiem prehistorii zatrzymałyśmy się w
Salisbury aby zobaczyć tamtejszą katedrę.
Potem
przyszedł czas na znalezienie autobusu, który zawiezie nas do Stonehenge.
Kursują tam tzw. tour buses, ale my jako, że nie chciałyśmy bulić 12funtów za
return ticket, stwierdziłyśmy, że na pewno jest jakiś zwykły lokalny autobus,
które zawiezie nas tam za połowę ceny. No i znalazłyśmy na rozkładzie autobus
zatrzymujący się w Stonehenge. Jednakże naszym oczom umknął jeden mały
szczegół. Nazwa przystanku to Stonehenge INN. Był to pub, który ku naszemu
zdziwieniu oddalony był od Stonehenge trochę bardziej niż tego oczekiwałyśmy :D Czekał nas godzinny spacer przez pola. I na całe szczęście! Bo samo
Stonehenge nie zrobiło na mnie żadnego wrażenia, za to spacer miałyśmy świetny. Pogoda dopisywała, byłyśmy zaopatrzone w jedzenie i alkohol,
więc czego chcieć więcej :D
Stonehenge
odgrodzone jest płotem, a za wstęp trzeba zapłacić 7funtów. Ja sobie darowałam
tę przyjemność. Kamienie są dobrze widoczne również zza ogrodzenia, więc jak
dla mnie szkoda pieniędzy. Do tego Josefine miała wstęp za free, więc mogła dla nas cyknąć fotki z trochę bliższej odległości :)
Ogólnie rzecz biorąc jak się komuś już kończą pomysły na angielskie wycieczki, to Stonehenge jest dobrym weekendowym zapychaczem czasu. Ale nie ma się co spinać, żeby koniecznie to miejsce zobaczyć. Jest o wiele, wiele więcej znacznie piękniejszych zakątków na Wyspach.
14 sie 2012
ta ostatnia niedziela...
Ostatnia z bliskich mi tu osób wraca do domu w przyszły weekend.
To było ostatnie takie przesiadywanie w parku z obfitym alkoholowym zaopatrzeniem z tesco.
Prawdopodobnie ostatni wspólny (a może i mój?) nocny powrót z King's Cross.
Dół związany z moim wyjazdem się pogłębia, do tego dochodzi zmęczenie wakacyjne (odliczam dni do rozpoczęcia roku szkolnego), huśtawka nastrojów związana z facetem (nie poruszałam tu tego tematu i już chyba nie będę się o tym rozpisywać), i ogólnie łapie mnie deprecha i nie jest dobrze.
Mam nadzieję, że jednak to chwilowe załamanie formy i będę się potrafiła cieszyć tymi ostatnimi sześcioma tygodniami tutaj.
***
3 sie 2012
podwyższony poziom adrenaliny
Josefine od paru tygodni namawiała mnie na wypad do Thorpe Park. Nie żebym nie lubiła tego typu miejsc, ale trochę szkoda mi było na to kasy. Ale co tam, raz się żyje! Poza tym Josefine już niedługo wyjeżdża, więc niech już jej będzie ;)
Zaczęłyśmy od tego cudeńka:
Oczywiście wyszłyśmy z wagonika przemoczone do suchej nitki. W pełni sucha byłam dopiero po paru godzinach.
Taka jeszcze mała dygresja: w Thorpe Park lunch zjadłam w KFC - i nigdy więcej! Myślałam, że w tych międzynarodowych sieciówkach jedzenie smakuje tak samo, ale tutejszy twister to było jakieś ohydztwo!
Zaczęłyśmy od tego cudeńka:
Potem już były przeróżnego rodzaju rollercoastery. Jedne lepsze, drugie gorsze.
Mój mały problem z tego rodzaju rozrywką polega na tym, że uwielbiam tę adrenalinę przed wejściem, te krzyki i latanie w powietrzu, ale niestety nie za dobrze się czuję "po". Nie inaczej było tym razem. Trochę głowa bolała, trochę się w tej głowie kręciło... więc trzeba było sobie te przyjemności dozować bardzo powoli.
Do Thorpe Park można się dostać jadąc pociągiem do stacji Staines. Tam należy się przesiąść na autobus. Wstęp do parku to około 40funtów. My oczywiście skorzystałyśmy z 2for1, więc wyszło po 20 na głowę. Park nie jest jakiś ogromny, i szczerze powiedziawszy, to o ile ktoś nie jest ogromnym fanem tego typu miejsc, to chyba jednak trochę szkoda pieniędzy na to miejsce. Za tydzień w piątek wybieram się z dzieciakami do Chessington Park of Adventures, to dam znać, czy to miejsce jest bardziej warte polecenia. Więcej informacji o Thorpe Park na ich stronie internetowej (a jakże by inaczej;p)
20 lip 2012
szkoda czasu...
...na pisanie ;p
Wakacje w pełni i mimo, że ten tydzień jest dla mnie dość luźny to i tak zabiegana jestem. Na całe szczęście dzieciaki są świetne. Naprawdę jestem pod wrażeniem jak grzeczne są ostatnio. Mimo, że z reguły dobrze się zachowują, to jednak zawsze przynajmniej raz w tygodniu miały swój zły dzień, kiedy miało się ochotę wyjść, trzasnąć drzwiami i nigdy nie wracać. Ale teraz to jakbym miała dwa aniołki w domu. Oby tak dalej!
Ostatnio częściej zagląda do nas słońce, a prognozy są dość optymistyczne, więc istnieje szansa na przynajmniej przyzwoite lato. Ten weekend cały spędzę w Londynie, i mam zamiar urządzić sobie wycieczkę rowerową po londyńskich parkach. Z kolei dzisiaj znowu pojawię się na koncercie The Robbie Boyd Band, a potem pożegnanie Leoni (trochę to dołujące, że co tydzień muszę się z kimś żegnać). A w niedzielę spektakl w the Globe! "Richard III".
Podsumowując, nadal jest dobrze :)
Wakacje w pełni i mimo, że ten tydzień jest dla mnie dość luźny to i tak zabiegana jestem. Na całe szczęście dzieciaki są świetne. Naprawdę jestem pod wrażeniem jak grzeczne są ostatnio. Mimo, że z reguły dobrze się zachowują, to jednak zawsze przynajmniej raz w tygodniu miały swój zły dzień, kiedy miało się ochotę wyjść, trzasnąć drzwiami i nigdy nie wracać. Ale teraz to jakbym miała dwa aniołki w domu. Oby tak dalej!
Ostatnio częściej zagląda do nas słońce, a prognozy są dość optymistyczne, więc istnieje szansa na przynajmniej przyzwoite lato. Ten weekend cały spędzę w Londynie, i mam zamiar urządzić sobie wycieczkę rowerową po londyńskich parkach. Z kolei dzisiaj znowu pojawię się na koncercie The Robbie Boyd Band, a potem pożegnanie Leoni (trochę to dołujące, że co tydzień muszę się z kimś żegnać). A w niedzielę spektakl w the Globe! "Richard III".
Podsumowując, nadal jest dobrze :)
9 lip 2012
update
Siedzę sobie przed kompem, wcinam prince polo i słyszę jak w pokoju na dole moja rodzinka rozmawia z przyszłą potencjalną au pair. Jakoś tak nie mogę uwierzyć, że to wszystko powoli dobiega końca. Dwa tygodnie temu bawiłam się na imprezie pożegnalnej Mariany (było fantastico! ;) polecam imprezy w Camden!:) ), w piątek będzie pożegnalny lunch z Aurea, a 20go ostatnia impreza z Leoni. Niesamowite jak człowiek może się przywiązać do ludzi w tak krótkim czasie... nigdy siebie o to nie podejrzewałam :) wtajemniczeni wiedzą, że jestem raczej na dystans i niewiele ludzi naprawdę lubię (przyjaciele możecie się czuć wyróżnieni, jesteście wyjątkowi ;p ) To wszystko powoduje, że popadam w jakiś melancholijny nastrój, no i ta moja huśtawka nastrojów "wracać?", "zostać?". Tzn. ja chyba w głębi serca wiem, czego chcę, ale zwyczajnie boję się tego ryzyka. Boję się podjęcia tej decyzji, tak jakbym czekała na niewiadomo co, że może ktoś zadecyduje za mnie. No i boję się konsekwencji. To oczywiste.
A tak z innej beczki, to w końcu zobaczyłam stadion FC Chelsea, oraz odkryłam zakamarki Westminster Abbey, więc oficjalnie mogę ogłosić, że widziałam już w Londynie wszystko o czym marzyłam. Teraz tylko wracam do tych najukochańszych miejsc.
Dodatkowo odwiedziłam polski sklep w Hammersmith. Nie sądziłam, że zakup paru produktów spożywczych może sprawić taką radość :) I do tego usłyszeć polski język koło siebie... naprawdę mi tego brakowało. W tym tygodniu mam ambitny plan ulepić pierogi, ale zobaczymy co z tego będzie :)
Poza tym białe klify i Stonehenge wciąż nieodkryte - pogoda rujnuje moje plany podróżnicze, więc trzeba się skupiać na życiu towarzyskim. Trochę się dzieje, ale w którym kierunku pójdzie to i owo to nie mam pojęcia... że też niektórych ludzi nie mogłam poznać na początku mojego pobytu tutaj...
I to tyle z mojego sprawozdania. Mogę jeszcze dodać, że dzisiaj bezboleśnie minął pierwszy dzień wakacji :)
From London with love,
H. :)
A tak z innej beczki, to w końcu zobaczyłam stadion FC Chelsea, oraz odkryłam zakamarki Westminster Abbey, więc oficjalnie mogę ogłosić, że widziałam już w Londynie wszystko o czym marzyłam. Teraz tylko wracam do tych najukochańszych miejsc.
Dodatkowo odwiedziłam polski sklep w Hammersmith. Nie sądziłam, że zakup paru produktów spożywczych może sprawić taką radość :) I do tego usłyszeć polski język koło siebie... naprawdę mi tego brakowało. W tym tygodniu mam ambitny plan ulepić pierogi, ale zobaczymy co z tego będzie :)
Poza tym białe klify i Stonehenge wciąż nieodkryte - pogoda rujnuje moje plany podróżnicze, więc trzeba się skupiać na życiu towarzyskim. Trochę się dzieje, ale w którym kierunku pójdzie to i owo to nie mam pojęcia... że też niektórych ludzi nie mogłam poznać na początku mojego pobytu tutaj...
I to tyle z mojego sprawozdania. Mogę jeszcze dodać, że dzisiaj bezboleśnie minął pierwszy dzień wakacji :)
From London with love,
H. :)
4 lip 2012
to już pół roku
pół roku
6 miesięcy
180 dni
4320 godzin
259200 minut
15552000 sekund
***
Zajadam się bekonem, jem frytki z majonezem, chipsy to już nie przekąska, ale część składowa mojego posiłku, piję tylko kawę z Costy, nadal nie rozumiem jak można jeść pizze bez ketchupu oraz nie solić makaronu.
Ubieram się tak jakby temperatura była co najmniej 5 stopni wyższa.
Przechodzę na czerwonym świetle nawet gdy w moim kierunku pędzi rozpędzona taksówka lub autobus.
Kradnę miejsca parkingowe kapitanowi ulubionej drużyny piłkarskiej.
Pytam się ludzi "how are you?" nie oczekując odpowiedzi.
Jeżdżę po złej stronie jezdni (ale wciąż tak samo mizernie jak po tej dobrej)
Za bilet całodzienny płacę równowartość 65zł i uważam, że to normalne.
Nie włączam kierunkowskazu zjeżdżając z ronda.
Mam znajomych z najróżniejszych zakątków świata.
Ciągle mówię "thanks" i "please".
And of course I always mind the gap :)
***
Czas leci nieubłaganie, z jednej strony mam wrażenie jakbym dopiero co przyleciała, a z drugiej czuję jakbym była tu od zawsze.
Były momenty lepsze i gorsze. Takie, które będę wspominać do końca życie i takie, które wolałabym wymazać z pamięci.
Pojawili się ludzie, których będę pamiętać przez długie lata i tacy, których imion za kolejne pół roku już nie będę sobie w stanie przypomnieć.
Były podróże jak marzenie, i trochę mniej udane wyprawy.
Była tęsknota za domem, były też myśli, że do tego domu już nie chcę wracać.
Czuję, że oto nadszedł już ten moment, kiedy moja au pair przygoda powinna się zakończyć, bo więcej już z niej nie wycisnę, że już czas na kolejne zmiany. No ale zostały jeszcze trzy miesiące, i nie zamierzam dezerterować wcześniej.
A co będzie dalej? Czas pokaże. Zawsze, niezależnie co się działo, spadałam na cztery łapy. I w ogólnym rozrachunku moje decyzje zazwyczaj okazywały się słuszne. Tak więc czekam na to co się wydarzy i staram się, mimo wszystko, myśleć pozytywnie.
6 miesięcy
180 dni
4320 godzin
259200 minut
15552000 sekund
***
Zajadam się bekonem, jem frytki z majonezem, chipsy to już nie przekąska, ale część składowa mojego posiłku, piję tylko kawę z Costy, nadal nie rozumiem jak można jeść pizze bez ketchupu oraz nie solić makaronu.
Ubieram się tak jakby temperatura była co najmniej 5 stopni wyższa.
Przechodzę na czerwonym świetle nawet gdy w moim kierunku pędzi rozpędzona taksówka lub autobus.
Kradnę miejsca parkingowe kapitanowi ulubionej drużyny piłkarskiej.
Pytam się ludzi "how are you?" nie oczekując odpowiedzi.
Jeżdżę po złej stronie jezdni (ale wciąż tak samo mizernie jak po tej dobrej)
Za bilet całodzienny płacę równowartość 65zł i uważam, że to normalne.
Nie włączam kierunkowskazu zjeżdżając z ronda.
Mam znajomych z najróżniejszych zakątków świata.
Ciągle mówię "thanks" i "please".
And of course I always mind the gap :)
***
Czas leci nieubłaganie, z jednej strony mam wrażenie jakbym dopiero co przyleciała, a z drugiej czuję jakbym była tu od zawsze.
Były momenty lepsze i gorsze. Takie, które będę wspominać do końca życie i takie, które wolałabym wymazać z pamięci.
Pojawili się ludzie, których będę pamiętać przez długie lata i tacy, których imion za kolejne pół roku już nie będę sobie w stanie przypomnieć.
Były podróże jak marzenie, i trochę mniej udane wyprawy.
Była tęsknota za domem, były też myśli, że do tego domu już nie chcę wracać.
Czuję, że oto nadszedł już ten moment, kiedy moja au pair przygoda powinna się zakończyć, bo więcej już z niej nie wycisnę, że już czas na kolejne zmiany. No ale zostały jeszcze trzy miesiące, i nie zamierzam dezerterować wcześniej.
A co będzie dalej? Czas pokaże. Zawsze, niezależnie co się działo, spadałam na cztery łapy. I w ogólnym rozrachunku moje decyzje zazwyczaj okazywały się słuszne. Tak więc czekam na to co się wydarzy i staram się, mimo wszystko, myśleć pozytywnie.
27 cze 2012
koncertowo!

Właśnie wróciłam z koncertu The Robbie Boyd Band. Domyślam się, że ta nazwa nikomu nic nie mówi :) W sobotę usłyszałyśmy ten świetny zespół na Portobello Road. I była to miłość od pierwszego wejrzenia! Są naprawdę niesamowici! Muzyka, którą grają to jak sami ją określają "funky folk", klimat trochę podobny według mnie do Mumford and Sons.
22 cze 2012
Dawno, dawno temu...
...w odległej galaktyce... w Surrey świeciło słońce, na niebie nie można było dostrzec ani jednej chmury, a temperatura przekraczała 25stopni.
Niestety zła strona mocy zwyciężyła i czasy gdy spędzałam czas piknikując w londyńskich parkach oraz zdobywając opaleniznę w domowych ogrodach odeszły w zapomnienie... naprawdę mam po dziurki w nosie tej pogody. Oczywiście zawsze może być gorzej, ale tak czy siak, dołuje mnie ten deszcz, wiatr i pochmurne niebo.
A tak poza tym, to powolutku kończą mi się pomysły na wycieczki. W Londynie widziałam już 90% tego co chciałam, została mi tylko Westminster Abbey i Stadion Chelsea, ale to zostawiam sobie na wrzesień. Bilety do Buckingham Palace i na spektakl w The Globe mam już kupione. Może skuszę się jednak na London Eye... ale cena mnie trochę odstrasza... ostatnio dość dużo wydawałam i cierpię teraz na niedobór gotówki :/ Z dalszych wycieczek zostało mi tylko Folkestone, ale tam pojadę tylko jeśli powróci iście letnia pogoda. Co do Stonehenge, to w sumie nie jestem jakaś mega zdeterminowana żeby tam pojechać, no i tam też przydałaby się ładna pogoda. Wczoraj przyszedł mi do głowy pomysł, aby pojechać do Stratford Upon Avon. Jeśli ktoś był, i wie, że nie warto, to niech da znać :) Oczywiście fajnie by było pojechać do północnej Anglii, ale na to potrzeba więcej czasu i pieniędzy :(
Za dwa tygodnie dzieciaki zaczynają wakacje, więc się zacznie... jak to Josefine ujęła "kończą się nasze wakacje, trzeba zacząć naprawdę pracować" :D Na całe szczęście dzieciaki mają co nieco zaplanowane, ale to nie zmienia faktu, że jednak pracy będę miała zdecydowanie dużo więcej. Już na samą myśl o tym czuję się zmęczona ;p
Plan na ten weekend: Hampton Court (w końcu!) + Londyn ?
Plan na kolejny weekend: imprezy! Mariana wyjeżdża, więc nie obędzie się bez "goodbye party". Poza sobotą i niedzielą, będę miała dodatkowe trzy dni wolne, jako, że moja rodzina wyjeżdża do dziadków. Wręcz idealnie, żeby gdzieś pojechać, ale jak już wspomniałam, oszczędności mi się kończą, a muszę coś zaoszczędzić na tydzień wakacji w sierpniu. Do tego jako, że wszyscy w tygodniu pracują musiałabym jechać sama, a jakoś nie mam specjalnie ochoty na samotne wojaże. No zobaczymy... coś się na pewno wymyśli :)
*zdjęcia pochodzą z Chelsea Physic Garden
Niestety zła strona mocy zwyciężyła i czasy gdy spędzałam czas piknikując w londyńskich parkach oraz zdobywając opaleniznę w domowych ogrodach odeszły w zapomnienie... naprawdę mam po dziurki w nosie tej pogody. Oczywiście zawsze może być gorzej, ale tak czy siak, dołuje mnie ten deszcz, wiatr i pochmurne niebo.
A tak poza tym, to powolutku kończą mi się pomysły na wycieczki. W Londynie widziałam już 90% tego co chciałam, została mi tylko Westminster Abbey i Stadion Chelsea, ale to zostawiam sobie na wrzesień. Bilety do Buckingham Palace i na spektakl w The Globe mam już kupione. Może skuszę się jednak na London Eye... ale cena mnie trochę odstrasza... ostatnio dość dużo wydawałam i cierpię teraz na niedobór gotówki :/ Z dalszych wycieczek zostało mi tylko Folkestone, ale tam pojadę tylko jeśli powróci iście letnia pogoda. Co do Stonehenge, to w sumie nie jestem jakaś mega zdeterminowana żeby tam pojechać, no i tam też przydałaby się ładna pogoda. Wczoraj przyszedł mi do głowy pomysł, aby pojechać do Stratford Upon Avon. Jeśli ktoś był, i wie, że nie warto, to niech da znać :) Oczywiście fajnie by było pojechać do północnej Anglii, ale na to potrzeba więcej czasu i pieniędzy :(
Za dwa tygodnie dzieciaki zaczynają wakacje, więc się zacznie... jak to Josefine ujęła "kończą się nasze wakacje, trzeba zacząć naprawdę pracować" :D Na całe szczęście dzieciaki mają co nieco zaplanowane, ale to nie zmienia faktu, że jednak pracy będę miała zdecydowanie dużo więcej. Już na samą myśl o tym czuję się zmęczona ;p
Plan na ten weekend: Hampton Court (w końcu!) + Londyn ?
Plan na kolejny weekend: imprezy! Mariana wyjeżdża, więc nie obędzie się bez "goodbye party". Poza sobotą i niedzielą, będę miała dodatkowe trzy dni wolne, jako, że moja rodzina wyjeżdża do dziadków. Wręcz idealnie, żeby gdzieś pojechać, ale jak już wspomniałam, oszczędności mi się kończą, a muszę coś zaoszczędzić na tydzień wakacji w sierpniu. Do tego jako, że wszyscy w tygodniu pracują musiałabym jechać sama, a jakoś nie mam specjalnie ochoty na samotne wojaże. No zobaczymy... coś się na pewno wymyśli :)
*zdjęcia pochodzą z Chelsea Physic Garden
Co tam Oxford, postudiujmy w Cambridge! ;)
Byłam w Oxfordzie, to i w Cambridge wypadało się pojawić. Zwłaszcza, że moja hostka kończyła ten uniwersytet i oczywiście zachwalała, że sto razy lepszy niż Oxford :) I rzeczywiście, Cambridge to urokliwe miejsce, które zdecydowanie bardziej mi się podobało.
Z Londynu można tam dojechać w godzinę pociągiem ze stacji King's Cross. Ceny ze wstęp do collegów zbliżone do oxfordzkich. Warto się zorientować kiedy trwa tam sesja egzaminacyjna, bo wtedy większość collegów jest zamknięta dla zwiedzających. Polecam wybrać się również na "rejs" wzdłuż rzeki w takich łódkach, troszeczkę podobnych do tych co pływają u nas po Dunajcu, ale oczywiście o wiele mniejszych (ceny od 10 do 20 funtów). Te łódeczki obsługują młodzi, nierzadko przystojni panowie, którzy poopowiadają wam co nieco o Uniwersytecie i mieście.
Z Londynu można tam dojechać w godzinę pociągiem ze stacji King's Cross. Ceny ze wstęp do collegów zbliżone do oxfordzkich. Warto się zorientować kiedy trwa tam sesja egzaminacyjna, bo wtedy większość collegów jest zamknięta dla zwiedzających. Polecam wybrać się również na "rejs" wzdłuż rzeki w takich łódkach, troszeczkę podobnych do tych co pływają u nas po Dunajcu, ale oczywiście o wiele mniejszych (ceny od 10 do 20 funtów). Te łódeczki obsługują młodzi, nierzadko przystojni panowie, którzy poopowiadają wam co nieco o Uniwersytecie i mieście.
20 cze 2012
Canterbury Tales
Od kiedy Henryk VIII pokazał środkowy palec papieżowi i Anglia stała się krajem protestanckim, za główne biskupstwo wyznaczono arcybiskupstwo w mieście Canterbury. Do tej pory prymasem Anglii jest arcybiskup Canterbury. A turyści, w tym spore grono au pairek zjeżdża tam tłumnie by podziwiać majestatyczną Canterbury Cathedral :) Sama Katedra chyba lepiej prezentuje się na zdjęciach niż w rzeczywistości chociaż oczywiście na żywo też robi pewne wrażenie. Wystrój Katedry jest bardzo surowy, nie ma się co spodziewać przepychu charakterystycznego dla naszych polskich, katolickich kościołów. Za wstęp do Katedry i krypty trzeba zapłacić 9funtów. My darowałyśmy sobie wejście do krypty i po prostu udałyśmy się do Katedry na Mszę, co by zaoszczędzić te pare funtów :) Jeśli chodzi o samo miasto, to jest ono bardzo kameralne. Wąskie uliczki, kilka mniejszych kościołów, ruiny zamku, niewielkie wzgórze z dość ładnym widokiem na miasto. I tyle. Do tego tylko jedna godzina drogi pociągiem z Londynu i na jednodniową wycieczkę jak znalazł.
19 cze 2012
Zmęczenie materiału...
Za dwa tygodnie Mariana wraca do Meksyku.
Za sześć tygodni wylatuje Leoni.
W połowie sierpnia wyjeżdża Anne, Josefine i Aurea...
Coraz bardziej do mnie dociera, że nadchodzi czas pożegnań, że niedługo to ja będę kupować bilet do domu...
Ostatnio odczuwam pewne zmęczenie materiału, ciągle chodzę śpiąca i zmęczona. Sześć miesięcy to chyba ten moment, że już człowiekowi się dalej nie chce... Znajomi wyjeżdżają, powolutku kończy się lista pomysłów na weekendy, dzieci stają się coraz bardziej irytujące, tęsknota za domem jest coraz większa i ma się już dosyć mieszkania 'u kogoś'. Naprawdę podziwiam dziewczyny, które są au pair rok albo nawet i dłużej.
To było niezwykle intensywne pół roku, poznałam świetnych ludzi (ostatnio grono znajomych powiększyło się o wesołą grupę z Kurdystanu:) ), zdobyłam nowe doświadczenia, chyba nabrałam trochę pewności siebie, widziałam masę przepięknych miejsc, w Londynie czuję się prawie jak u siebie, odżyłam po mało udanym ostatnim roku w Gdańsku. Ale wszystko co dobre, musi się kiedyś skończyć, nie można żyć na walizkach, w końcu trzeba gdzieś zapuścić korzenie, a przynajmniej ja jestem na takim etapie w życiu, że czuję już taką potrzebę. Pytanie tylko, gdzie? Czuję, że niezależnie jaką decyzję podejmę, to będę jej żałować. Każdy kij ma dwa końce, i mocne argumenty stoją po każdej ze stron. Naprawdę nie mam zielonego pojęcia co robić dalej ze swoim życiem, w którym kierunku iść dalej. Zawsze miałam jakieś plany, jakąś wizję przyszłości, ale teraz pustka w głowie. Jakiś czas temu usłyszałam, że nie powinnam podejmować żadnej decyzji, niech życie zadecyduje za mnie... tak się chyba jednak nie da...
Za sześć tygodni wylatuje Leoni.
W połowie sierpnia wyjeżdża Anne, Josefine i Aurea...
Coraz bardziej do mnie dociera, że nadchodzi czas pożegnań, że niedługo to ja będę kupować bilet do domu...
Ostatnio odczuwam pewne zmęczenie materiału, ciągle chodzę śpiąca i zmęczona. Sześć miesięcy to chyba ten moment, że już człowiekowi się dalej nie chce... Znajomi wyjeżdżają, powolutku kończy się lista pomysłów na weekendy, dzieci stają się coraz bardziej irytujące, tęsknota za domem jest coraz większa i ma się już dosyć mieszkania 'u kogoś'. Naprawdę podziwiam dziewczyny, które są au pair rok albo nawet i dłużej.
To było niezwykle intensywne pół roku, poznałam świetnych ludzi (ostatnio grono znajomych powiększyło się o wesołą grupę z Kurdystanu:) ), zdobyłam nowe doświadczenia, chyba nabrałam trochę pewności siebie, widziałam masę przepięknych miejsc, w Londynie czuję się prawie jak u siebie, odżyłam po mało udanym ostatnim roku w Gdańsku. Ale wszystko co dobre, musi się kiedyś skończyć, nie można żyć na walizkach, w końcu trzeba gdzieś zapuścić korzenie, a przynajmniej ja jestem na takim etapie w życiu, że czuję już taką potrzebę. Pytanie tylko, gdzie? Czuję, że niezależnie jaką decyzję podejmę, to będę jej żałować. Każdy kij ma dwa końce, i mocne argumenty stoją po każdej ze stron. Naprawdę nie mam zielonego pojęcia co robić dalej ze swoim życiem, w którym kierunku iść dalej. Zawsze miałam jakieś plany, jakąś wizję przyszłości, ale teraz pustka w głowie. Jakiś czas temu usłyszałam, że nie powinnam podejmować żadnej decyzji, niech życie zadecyduje za mnie... tak się chyba jednak nie da...
God Save The Queen!
Jeśli komuś jakimś cudem umknęła ta informacja, to dwa tygodnie temu cała Anglia hucznie świętowała 60-lecie panowania królowej Elżbiety II. W całym kraju odbywały się festyny, koncerty, street parties itp. Domy i samochody przystrojone były w brytyjskie flagi, a ludzie nie rzadko mieli na sobie ciuchy bądź dodatki związane z Diamentowym Jubileuszem. Miło było przyglądać się temu jak Anglicy potrafią cieszyć się tym wydarzeniem, i jak bardzo są dumni ze swojej królowej i ze swojego kraju. Chociaż temat dumy narodowej Anglików to temat rzeka, i pewnie cały kolejny post można by było temu poświęcić.
Najważniejsze wydarzenia miały miejsce oczywiście w Londynie, gdzie mimo nienajlepszej pogody na ulicę wyszły tłumy. W niedzielę można było podziwiać tysiące łódek i statków płynących wzdłuż Tamizy. Niestety ludzi było tak dużo, że jedyne co udało mi się zobaczyć to skrawek rzeki, nawet masztu żadnej łódki nie widziałam :) Ale sama jestem sobie winna, bo nad Tamizą zjawiliśmy się zdecydowanie za późno, żeby zawalczyć o dobre miejscówki. Wieczorem świętowaliśmy już we własnym gronie na domówce w Londynie. Mogę tylko powiedzieć, że mimo nadmiaru wina było absolutnie świetnie! :) Następnego dnia wybraliśmy się do Hyde Parku obejrzeć na telebimach koncert spod Pałacu Buckingham. Nie wiem czy był on transmitowany przez jakąkolwiek polską telewizję, ale jeżeli ktoś miał okazję go obejrzeć, to na pewno zdaje sobie sprawę jak fantastycznie był on zorganizowany. Być w Londynie i móc wsłuchiwać się w Paula McCartney'a czy też Eltona John'a... ehhh.... brak mi słów, żeby to opisać! Najpiękniejsze momenty wieczoru to chyba 'Let It Be', 'Live and Let Die', oraz bardzo udane przemówienie Księcia Karola. Kolejny dzień to już parada z udziałem królowej zakończona spotkaniem z poddanymi pod Buckingham Palace. Muszę przyznać, że tłum śpiewający 'God Save The Queen', powiewające flagi, i uśmiech królowej mogą wzruszyć nawet obcokrajowca :)
Najważniejsze wydarzenia miały miejsce oczywiście w Londynie, gdzie mimo nienajlepszej pogody na ulicę wyszły tłumy. W niedzielę można było podziwiać tysiące łódek i statków płynących wzdłuż Tamizy. Niestety ludzi było tak dużo, że jedyne co udało mi się zobaczyć to skrawek rzeki, nawet masztu żadnej łódki nie widziałam :) Ale sama jestem sobie winna, bo nad Tamizą zjawiliśmy się zdecydowanie za późno, żeby zawalczyć o dobre miejscówki. Wieczorem świętowaliśmy już we własnym gronie na domówce w Londynie. Mogę tylko powiedzieć, że mimo nadmiaru wina było absolutnie świetnie! :) Następnego dnia wybraliśmy się do Hyde Parku obejrzeć na telebimach koncert spod Pałacu Buckingham. Nie wiem czy był on transmitowany przez jakąkolwiek polską telewizję, ale jeżeli ktoś miał okazję go obejrzeć, to na pewno zdaje sobie sprawę jak fantastycznie był on zorganizowany. Być w Londynie i móc wsłuchiwać się w Paula McCartney'a czy też Eltona John'a... ehhh.... brak mi słów, żeby to opisać! Najpiękniejsze momenty wieczoru to chyba 'Let It Be', 'Live and Let Die', oraz bardzo udane przemówienie Księcia Karola. Kolejny dzień to już parada z udziałem królowej zakończona spotkaniem z poddanymi pod Buckingham Palace. Muszę przyznać, że tłum śpiewający 'God Save The Queen', powiewające flagi, i uśmiech królowej mogą wzruszyć nawet obcokrajowca :)
18 cze 2012
Kew Gardens
Czas pouzupełniać braki w relacjach z wypraw po angielskiej ziemi. Zaczynamy od miejsca przepięknego, i jednego z moich ulubionych w Londynie. Kew Gardens to ogromny kompleks ogrodów i szklarni w południowo-zachodnim Londynie. Dostać się tam można metrem (District Line) bądź Overgroundem. Wstęp normalnie kosztuje 14.50, ale na całe szczęście miejsce to jest dostępne w ramach oferty 2for1. Ogrody są naprawdę rozległe, więc warto zarezerwować sobie cały słoneczny dzień na spacer tamtejszymi alejkami. Co do słońca, to ostatnio jest go tutaj jak na lekarstwo. Jeżeli tak ma wyglądać lato w Anglii to ja dziękuję bardzo...
Kilka fotek z Kew Gardens:
Kilka fotek z Kew Gardens:
Subskrybuj:
Posty (Atom)











