27 lut 2012
czas na trochę prywaty
Przez ostatnie dni zaniedbywałam to miejsce, ale to dlatego, że nie lubię marudzić, a to jedyne na co miałam ochotę w ostatnim tygodniu. Trochę się pochorowałam, co dość mocno odbiło się na moim nastroju, a do tego dopadła mnie ogromna tęsknota za domem. Coraz bardziej odczuwam brak możliwości rozmowy po polsku - przez skype to nie to samo, chciałoby się pogadać w swoim języku przygotowując obiad, kierując autem czy robiąc zakupy. Brakuje mi moich ulubionych miejsc na spacery, mojego łóżka, starej rozlatującej się kamienicy, zakorkowanej i głośnej dzielnicy, lamp przed domem, sprawiających, że jasno w pokoju miałam nawet w środku nocy, tramwajów, skmek, no i ludzi. Smutno mi, że nie mogę napisać po prostu do Zi, żebyśmy się jutro spotkały, albo umówić się z Tere żeby poprawić jej humor po ostatnich dniach, smutno mi, że nie mogę się pokłócić z mamą o niepozmywane naczynia, czy zjeść z nią jajecznicy w niedzielny poranek. Tak po prostu mi smutno. Co prawda pogoda w ostatnich dniach trochę podniosła mnie na duchu, a weekend miałam naprawdę udany, ale jednak nadal jestem odrobinkę zdołowana. Ale najwidoczniej tak musi być. Potrzebowałam tego wyjazdu, żeby uzmysłowić sobie, że nie ma co marzyć o życiu za granicą, o szukania szczęścia gdzieś dalej. Bo prawdziwy dom mam tylko jeden, i nie jest i nie będzie nim Anglia. Nie żałuję, że wyjechałam, bo to ogromna przygoda, wyzwanie i szansa na zobaczenie tylu pięknych miejsc. Ale już wiem, że za siedem miesięcy bez żalu spakuję walizki i wrócę do miejsca gdzie zapewne będzie na mnie czekało: brak pracy, niskie zarobki, i kiepskie perspektywy, ale za to będę się czuć u siebie. Będę w domu.
19 lut 2012
16 lut 2012
Victoria & Albert Museum / Museum of London
Kolejne muzea, które udało mi się odwiedzić to Museum of London oraz Victoria & Albert Museum. Pierwsze z nich, jak sama nazwa wskazuje, poświęcone jest stolicy Anglii. Miejsce to w ciekawy sposób pokazuje jak zmieniała się dzisiejsza metropolia od czasów prehistorycznych do dnia dzisiejszego. Naprawdę warte obejrzenia.


Z kolei drugie z nich to przeogromne miejsce, gdzie zgromadzone są min. biżuteria, srebra, obrazy, rzeźby oraz elementy architektury z najdalszych zakątków świata. Jeden dzień, żeby zobaczyć wszystko to zdecydowanie za mało. Ale naprawdę warto poświęcić trochę czasu na to niesamowite miejsce.




Oko w oko z Jackiem Sparrowem!
Myślę, że nie jest zaskakującym fakt, że to właśnie do kpt. Sparrow'a ustawiała się najdłuższa kolejka po zdjęcie. Z resztą była to chyba jedyna figura przy której stały barierki - widać wyraźnie kto jest teraz numerem 1 na liście gwiazd :) Nawet Michael Jackson, Brad Pitt i David Beckham nie mieli takiego wzięcia :) Piszę oczywiście o figurach woskowych w muzeum Maddame Tussaud's. Jest to miejsce po prostu rewelacyjne! Czułyśmy się z Karoliną trochę jak szalone nastolatki polujące na zdjęcia z gwiazdami. Ale co ciekawsze, to że muzeum nie wypełniają tylko woskowe figury gwiazd, można również wsiąść do wagonika przypominającego londyńską taksówkę i przejechać się wśród zmieniających się na przestrzeni lat uliczek Londynu. Oczom ukazuje się min. ten brudny, okrutny Londyn z książek Dickensa, Londyn w czasie wojny, i ten nowoczesny - współczesny. Muzeum oferuje też przejście się trasą szalonych, bezwzględnych morderców, gdzie podwyższa się poziom adrenaliny w organizmie. Z reguły miejsca tego typu mnie nie ekscytują i przestraszyć mnie tam to rzecz prawie niemożliwa, ale im się udało. Zwiedzanie kończy się pokazem filmu 4D o superbohaterach.

Jak do tej pory chyba najfajniejsze miejsce w Londynie w jakim byłam. Warte tych okrutnie drogich biletów.
15 lut 2012
Guiness & Rose
Jak to Josefine napisała "best Valentine's Day ever", bo przecież kto powiedział, że Walentynki trzeba spędzić w towarzystwie przystojnego bruneta, aby się dobrze bawić?!
Wczorajszy wieczór spędziłam w naszym super au pairskim gronie. Karolina, Margaret, Josefine, Mariana i do tego jeszcze Matt. No i nasz dobry przyjaciel - Guiness :) Dawno się tak dobrze nie bawiłam, było świetnie po prostu! Alkohol lał się strumieniami, desery smakowały nieziemsko, humory dopisywały, a na zakończenie wieczoru każda z nas otrzymała różę w prezencie od barmanów, więc czego chcieć więcej?
A tak poza tym, to ten tydzień to mid-term holidays, czyli dzieciaki siedzą w domu. Na całe szczęście Tonia i Richard zaplanowali dla nich trochę atrakcji, więc nie muszę spędzać 10h dziennie na wymyślaniu zabaw. A to play dates, a to kino, a to tenis, a to pływanie. Jedynie dzisiejsze popołudnie mają całe wolne, więc muszę wymyślić coś, w co mogą się bawić we dwójkę przy jak najmniejszym udziale mojej osoby ;)
Ogólnie rzecz biorąc jest dobrze, chociaż w ostatnim tygodniu zaczęła mi doskwierać nuda. Mieszkam w niewielkiej miejscowości i wielu atrakcji to tutaj nie mamy. A ile można chodzić na spacery w te same miejsca, czy spotykać się na kawie w Coście. Na angielski nie chodzę, a na siłę się nie chce zapisywać na nie wiadomo jakie kursy. Na całe szczęście Mariana podrzuciła pomysł na wykupienie karnetu do Leatherhead Leisure Centre. Podobno cena nie zwala z nóg, a trochę ruchu zdecydowanie jest mi potrzebne.
Plany na weekend na razie nie sprecyzowane. Przede wszystkim muszę się spotkać z kuzynką, która przylatuje do Londynu na weekend i będzie miała dla mnie parę pyszności z Polski. I od dnia i godziny tego spotkania zależy co jeszcze będę robiła. Za to poprzedni weekend był niezwykle udany, ale o nim w następnym poście.
Wczorajszy wieczór spędziłam w naszym super au pairskim gronie. Karolina, Margaret, Josefine, Mariana i do tego jeszcze Matt. No i nasz dobry przyjaciel - Guiness :) Dawno się tak dobrze nie bawiłam, było świetnie po prostu! Alkohol lał się strumieniami, desery smakowały nieziemsko, humory dopisywały, a na zakończenie wieczoru każda z nas otrzymała różę w prezencie od barmanów, więc czego chcieć więcej?
A tak poza tym, to ten tydzień to mid-term holidays, czyli dzieciaki siedzą w domu. Na całe szczęście Tonia i Richard zaplanowali dla nich trochę atrakcji, więc nie muszę spędzać 10h dziennie na wymyślaniu zabaw. A to play dates, a to kino, a to tenis, a to pływanie. Jedynie dzisiejsze popołudnie mają całe wolne, więc muszę wymyślić coś, w co mogą się bawić we dwójkę przy jak najmniejszym udziale mojej osoby ;)
Ogólnie rzecz biorąc jest dobrze, chociaż w ostatnim tygodniu zaczęła mi doskwierać nuda. Mieszkam w niewielkiej miejscowości i wielu atrakcji to tutaj nie mamy. A ile można chodzić na spacery w te same miejsca, czy spotykać się na kawie w Coście. Na angielski nie chodzę, a na siłę się nie chce zapisywać na nie wiadomo jakie kursy. Na całe szczęście Mariana podrzuciła pomysł na wykupienie karnetu do Leatherhead Leisure Centre. Podobno cena nie zwala z nóg, a trochę ruchu zdecydowanie jest mi potrzebne.
Plany na weekend na razie nie sprecyzowane. Przede wszystkim muszę się spotkać z kuzynką, która przylatuje do Londynu na weekend i będzie miała dla mnie parę pyszności z Polski. I od dnia i godziny tego spotkania zależy co jeszcze będę robiła. Za to poprzedni weekend był niezwykle udany, ale o nim w następnym poście.
6 lut 2012
Dzień muzeów
Pogoda nie rozpieszcza, a do tego w Londynie nie znają takiego słowa jak odśnieżanie, więc zamiast spacerów na świeżym powietrzu trzeba korzystać z indoor atractions ;)
Wczoraj dokończyłam swoją przygodę z Tate Modern. Wystawy, które obejrzałam w niedzielę podobały mi się zdecydowanie bardziej niż te sobotnie. Może ze względu na to, że zawierały dużą ilość fotografii, które ja z reguły bardzo lubię oglądać? A może po prostu wiedziałam już czego mogę się spodziewać i byłam bardziej łaskawa dla tego, co widziałam?
Następnie udałam się do Natural History Museum. Miejsce to jest ogromne! Udało mi się zobaczyć prawie wszystko, ale pod koniec miałam już dosyć! Jeśli ktoś ma zamiar tam kiedyś zawitać to polecam strefę niebieską - wystawy o ssakach i dinozaurach. A oprócz tego warto wjechać schodami do "centrum Ziemi" :)
Dzień zakończyłam w M&M's World - nic specjalnego według mnie. Ot kolorowe, wesołe miejsce gdzie można zakupić M&Msy.

Na następny weekend planowałam zwiedzanie the City - Katedrę św.Pawła, The Tower, a oprócz tego również Shakespeare's Globe i Madame Tussaud's Museum. Ale wszystkie te atrakcje są płatne, a ja właśnie zapłaciłam za bilety do Polski. Wyjeżdżam 31marca, wracam 10kwietnia. Już się cieszę, mimo, że portfel płacze. Dlatego też najprawdopodobniej zawitam jednak do Science Museum oraz Victoria and Albert Museum gdzie powitają mnie z otwartymi ramionami mimo braku funduszy. No chyba, że nie wydam nic z obecnej kasy do piątku, to kto wie... pożyjemy, zobaczymy.
A na koniec jeszcze widok z Millenium Bridge. Z dedykacją dla Zi :)
Na następny weekend planowałam zwiedzanie the City - Katedrę św.Pawła, The Tower, a oprócz tego również Shakespeare's Globe i Madame Tussaud's Museum. Ale wszystkie te atrakcje są płatne, a ja właśnie zapłaciłam za bilety do Polski. Wyjeżdżam 31marca, wracam 10kwietnia. Już się cieszę, mimo, że portfel płacze. Dlatego też najprawdopodobniej zawitam jednak do Science Museum oraz Victoria and Albert Museum gdzie powitają mnie z otwartymi ramionami mimo braku funduszy. No chyba, że nie wydam nic z obecnej kasy do piątku, to kto wie... pożyjemy, zobaczymy.
A na koniec jeszcze widok z Millenium Bridge. Z dedykacją dla Zi :)
4 lut 2012
Kolejny udany dzień
Wczoraj rodzinka wybyła około 18 więc miałam cały dom dla siebie - cisza i spokój... Tonia z Laurą pojechały obejrzeć przedstawienie baletowe 'Sleeping Beauty', z kolei Richard z Matthew i Mizzie spędzili czas na łódce. Wszyscy wrócili dopiero dzisiaj, kiedy ja już byłam w drodze do Londynu. Plan na dzisiaj obejmował Camden Town. Naprawdę urokliwe miejsce! Pełne zwariowanych sklepów gdzie można kupić prawie wszystko.


Najbardziej podobało mi się miejsce, gdzie oferowane były potrawy chyba ze wszystkich stron świata. Były stoiska z jedzeniem z min. Hiszpanii, Holandii, Turcji, Etiopii i oczywiście również z Polski. Nie mogłam się powstrzymać i zamówiłam pierogi, a sprzedawca był tak miły, że wiedząc, że jestem Polką dorzucił mi jednego w gratisie :) Na Josephine pierogi nie zrobiły wielkiego wrażenia, ale Marianie bardzo smakowały. Na deser wybrałyśmy sobie coś jakby naleśnikowe ciasteczka polane nutellą (oferowane przez Holenderki) - pychotka!
Następnie wróciłyśmy do Waterloo i przespacerowałyśmy się wzdłuż Tamizy, w kierunku Tate Modern.

Nie jestem miłośniczką sztuki i niestety nie dostrzegam głębi w eksponatach takich jak chociażby ten:

Co nie znaczy, że nie uważam tego muzeum za interesujące. Czasami fajnie odwiedzić tego typu miejsce. Niestety nie miałam zbyt wiele czasu, jako, że czekał mnie babysitting, więc obejrzałam tylko jedną galerię i pognałam na pociąg. Jutro mam nadzieję zobaczę resztę.
Kiedy wróciłam do domu zaczął sypać śnieg. Dużo to go nie spadło, może parę centymetrów, ale to wystarczyło by wpędzić dzieciaki w stan ekscytacji. Mnie z kolei to w ogóle nie cieszy, bo z tego co słyszałam to tutaj już parę centymetrów śniegu czasami wystarczy by odwołać zajęcia w szkole! A dzień wolny od szkoły, to dzień, którego au pair nie lubi :)
Najbardziej podobało mi się miejsce, gdzie oferowane były potrawy chyba ze wszystkich stron świata. Były stoiska z jedzeniem z min. Hiszpanii, Holandii, Turcji, Etiopii i oczywiście również z Polski. Nie mogłam się powstrzymać i zamówiłam pierogi, a sprzedawca był tak miły, że wiedząc, że jestem Polką dorzucił mi jednego w gratisie :) Na Josephine pierogi nie zrobiły wielkiego wrażenia, ale Marianie bardzo smakowały. Na deser wybrałyśmy sobie coś jakby naleśnikowe ciasteczka polane nutellą (oferowane przez Holenderki) - pychotka!
Nie jestem miłośniczką sztuki i niestety nie dostrzegam głębi w eksponatach takich jak chociażby ten:
Co nie znaczy, że nie uważam tego muzeum za interesujące. Czasami fajnie odwiedzić tego typu miejsce. Niestety nie miałam zbyt wiele czasu, jako, że czekał mnie babysitting, więc obejrzałam tylko jedną galerię i pognałam na pociąg. Jutro mam nadzieję zobaczę resztę.
1 lut 2012
Weekendowe spacery po Londynie
Ostatni weekend w całości poświęciłam na Londyn. W sobotę udałam się na samotny spacer po centrum, po którym wróciłam do domu WYKOŃCZONA! Wysiadłam tradycyjnie w Waterloo i obrałam kierunek 'Westminster'. W końcu jestem tutaj już trzeci tydzień, więc zdjęcie na tle Big Bena musi być:D Wszędzie oczywiście meeeega dużo turystów, co chwila słychać język polski (częściej chyba tylko hiszpański), a żeby zrobić sobie zdjęcia na tle Westminsteru to trzeba się bić o odpowiednie miejsce na chodniku ;) Co ciekawe wystarczy odrobinę oddalić się od Parlamentu i Katedry i można podziwiać urokliwe, opustoszałe londyńskie uliczki. Przeszłam się wzdłuż Tamizy, aż do Tate Britain, tam zawróciłam i udałam się w kierunku Downing Street, Horse Guards, Admiralty Arch, Buckingham Palace i Hyde Park. W Kensington byłam umówiona z Marianą, do naszego spotkania w końcu nie doszło, ale przynajmniej zobaczyłam posh apartments w Kensington, Royal Albert Hall oraz Kensington Park, gdzie panowie rozgrywali sobie mecz uni hokeja na rolkach :)


Niedziela to już wypad z dziewczynami. Zaczęłyśmy od Chinatown, które w trakcie obchodów Nowego Roku Chińskiego wręcz pękało w szwach, potem było Picadilly Circus, Oxford Street, Trafalgar Square, Covent Market i przejażdżka double deckerem! Do tego zaopatrzyłam się w czarną bluzę z napisem "I Love London" - była na promocji, a co mi tam! :D Na lunch wybrałyśmy się do bardzo fajnej restauracji Azzurro (koło stacji metra London Bridge). Zdecydowanie polecam! Pyszne makarony w rozsądnej cenie.

London - I like you more and more :)
Niedziela to już wypad z dziewczynami. Zaczęłyśmy od Chinatown, które w trakcie obchodów Nowego Roku Chińskiego wręcz pękało w szwach, potem było Picadilly Circus, Oxford Street, Trafalgar Square, Covent Market i przejażdżka double deckerem! Do tego zaopatrzyłam się w czarną bluzę z napisem "I Love London" - była na promocji, a co mi tam! :D Na lunch wybrałyśmy się do bardzo fajnej restauracji Azzurro (koło stacji metra London Bridge). Zdecydowanie polecam! Pyszne makarony w rozsądnej cenie.
28 sty 2012
takie piątki lubię!
Piątek praktycznie miałam wolny. Co prawda musiałam wstać rano, zrobić śniadanie i zapakować torby do szkoły, a potem przez jakieś pół godzinki poprasować, ale na tym moje piątkowe obowiązki się skończyły. Około 10 pojechałam do Wimbledonu, żeby w końcu zobaczyć 'Wstyd' (film o facecie seksoholiku). Na obejrzenie tego filmu czekałam już ładnych parę tygodni, naczytałam się bardzo pochlebnych recenzji i oczekiwania miałam ogromne. Chciałam go obejrzeć głównie przez TEGO pana, który od jakiegoś czasu plasuje się w mojej prywatnej czołówce ulubionych aktorów. Fassbender rzeczywiście zagrał fenomenalnie! I te wszystkie wyróżnienia, które na niego spadły są w pełni zasłużone. Ale jeśli chodzi o cały film to po wyjściu z kina sama nie wiedziałam co o nim myśleć. Z resztą to samo miałam z pierwszym filmem McQueen'a. Zarówno 'Głód', jak i 'Wstyd' to filmy mroczne,'"surowe", ciężkie w odbiorze, nie z tych, co to się ogląda przy niedzielnym obiedzie. Jest to dość dobre kino, ale chyba nie dam rady obejrzeć ich ponownie. Jeśli ktoś lubi tego typu filmy, i chciałby obejrzeć historię człowieka, który zmaga się z własnymi demonami, a do tego nie ma nic przeciwko dużej porcji nagości i seksu na ekranie to polecam 'Wstyd'. W Polskich kinach premiera 24 lutego.
Z kolei wieczorem umówiłyśmy się z Karoliną i Marianą do pobliskiego pubu Old Plough. Pub pękał w szwach, niestety średnia wieku gości wahała się pomiędzy 40 a 50 rokiem życia. No ale mówi się trudno. Przynajmniej na jednym z barmanów można było oko zawiesić :) Karolina zamówiła jedno z tutejszych piw, a ja z Marianą zdecydowałyśmy się na Guinessa. Jeden wniosek - piwo w Anglii można pić strumieniami, w ogóle nie czuć, że to alkohol (z resztą ang piwo ma chyba o połowę mniejszą zawartość alkoholu niż polskie). Ogólnie było naprawdę super!


Sobota, niedziela - kierunek: Londyn :)
Z kolei wieczorem umówiłyśmy się z Karoliną i Marianą do pobliskiego pubu Old Plough. Pub pękał w szwach, niestety średnia wieku gości wahała się pomiędzy 40 a 50 rokiem życia. No ale mówi się trudno. Przynajmniej na jednym z barmanów można było oko zawiesić :) Karolina zamówiła jedno z tutejszych piw, a ja z Marianą zdecydowałyśmy się na Guinessa. Jeden wniosek - piwo w Anglii można pić strumieniami, w ogóle nie czuć, że to alkohol (z resztą ang piwo ma chyba o połowę mniejszą zawartość alkoholu niż polskie). Ogólnie było naprawdę super!
Sobota, niedziela - kierunek: Londyn :)
23 sty 2012
au pairskie urodziny
Dzisiejsze przedpołudnie spędziłam w gronie au pairek. Malin zaprosiła nas do siebie z okazji swoich 21 urodzin. Było naprawdę super. Fajnie jest powymieniać się doświadczeniami, ponarzekać na angielskie zwyczaje, poobgadywać hostów itp. W sumie była nas siódemka. Ja, Mariana(Meksyk), Carina(Dania), Karolina(Dania), Josephine(Szwecja), Gosia(Polska) i oczywiście Malin(Szwecja). Jak widać Skandynawia rządzi! :) Malin mieszka na ulicy pełnej duuużych domów. Ten, w którym ona mieszka w żaden sposób od nich nie odstaje. Zgubić się można:) A w jej pokoju jest tyle przestrzeni, że aż dziwnie się tam czułam:) Oto on:
Taki stary, angielski dom, w którym mają jeszcze te podwójne krany (jak ja się cieszę, że u mnie tego nie ma:D)
Ogólnie rzecz biorąc, to podczas rozmowy wyszło, że wszystkich nas dziwią w Anglii te same rzeczy - po pierwsze, w angielskich domach jest zimno jak cholera! Po drugie, nawet jak jest zimno na dworze to Anglicy paradują w t-shirtach, cienkich spodniach i kurteczkach, podczas gdy jedynymi osobami ubranymi stosownie do pogody są au pairki:) Po trzecie, dzieciaki tutaj nie mają czasu na zabawę, a nawet jeśli trochę mają, to nie zawsze wiedzą jak go wykorzystać. Od dziecka ich plan tygodnia jest idealnie zorganizowany, wypełniony milionem zajęć pozalekcyjnych. Do tego dochodzą jeszcze czasami dziwne nawyki żywieniowe, zachowania na drodze, czy angielska uprzejmość. Trzeba jednak brać poprawkę, że trafiłyśmy do dość specyficznej miejscowości, w której mnóstwo jest nadzianych ludzi, więc na pewno nie jest to grupa reprezentatywna dla wszystkich Anglików.
Przy okazji, wystosuję małe ostrzeżenie dla wszystkich wybierających się do Anglii. Jeżeli kiedykolwiek zobaczycie to:
W żadnym wypadku tego nie próbujcie!:) Ohydztwo jakich mało. Nie potrafię opisać jak to smakuje, poza jednym słowem O-K-R-O-P-N-E!
Taki stary, angielski dom, w którym mają jeszcze te podwójne krany (jak ja się cieszę, że u mnie tego nie ma:D)Ogólnie rzecz biorąc, to podczas rozmowy wyszło, że wszystkich nas dziwią w Anglii te same rzeczy - po pierwsze, w angielskich domach jest zimno jak cholera! Po drugie, nawet jak jest zimno na dworze to Anglicy paradują w t-shirtach, cienkich spodniach i kurteczkach, podczas gdy jedynymi osobami ubranymi stosownie do pogody są au pairki:) Po trzecie, dzieciaki tutaj nie mają czasu na zabawę, a nawet jeśli trochę mają, to nie zawsze wiedzą jak go wykorzystać. Od dziecka ich plan tygodnia jest idealnie zorganizowany, wypełniony milionem zajęć pozalekcyjnych. Do tego dochodzą jeszcze czasami dziwne nawyki żywieniowe, zachowania na drodze, czy angielska uprzejmość. Trzeba jednak brać poprawkę, że trafiłyśmy do dość specyficznej miejscowości, w której mnóstwo jest nadzianych ludzi, więc na pewno nie jest to grupa reprezentatywna dla wszystkich Anglików.
Przy okazji, wystosuję małe ostrzeżenie dla wszystkich wybierających się do Anglii. Jeżeli kiedykolwiek zobaczycie to:
22 sty 2012
szlag trafił...
... moje oszczędzanie!
Przyjechałam tu z silnym postanowieniem, że przez pierwszy miesiąc postaram się nie wydawać dużo kasy i żyć oszczędnie, tak żeby odłożyć tyle pieniędzy ile w ten wyjazd zainwestowałam. Cały plan legł w gruzach! Ale czy to moja wina, że pokusy otaczają mnie z każdej strony? Dzisiaj wybrałam się z duńską au pair Karoliną i jej niemiecką koleżanką do Kingston. Miasto naprawdę przeurocze, niestety nie zrobiłam żadnych zdjęć. A to dlatego, że najpierw wparowałyśmy do Primarku, gdzie zafundowałam sobie pasek i kolejne spodnie (1f+9f), a potem odwiedziłyśmy włoską knajpkę, w której dość długo się zasiedziałyśmy. Mieli taką fajną ofertę: 11funtów za starter, main course i dessert. Zamówiłam garlic bread with cheese, lasagne i cheese cake. Pychota! Ale ledwo żeśmy wstały od stołu - takie byłyśmy pełne. Następnie krótki spacer (już w ciemnościach, więc mój aparat był kompletnie bezużyteczny), próby odszukania samochodu, a potem drogi do domu i oto jestem. Uboższa o kolejne 25funciaków! Ale raz się żyje, nie? :)
Jutro lecę na urodziny Malin. Zamierzam dotrzeć do jej domu samochodem, więc proszę trzymać kciuki, aby zderzak tym razem nie ucierpiał :)
Przyjechałam tu z silnym postanowieniem, że przez pierwszy miesiąc postaram się nie wydawać dużo kasy i żyć oszczędnie, tak żeby odłożyć tyle pieniędzy ile w ten wyjazd zainwestowałam. Cały plan legł w gruzach! Ale czy to moja wina, że pokusy otaczają mnie z każdej strony? Dzisiaj wybrałam się z duńską au pair Karoliną i jej niemiecką koleżanką do Kingston. Miasto naprawdę przeurocze, niestety nie zrobiłam żadnych zdjęć. A to dlatego, że najpierw wparowałyśmy do Primarku, gdzie zafundowałam sobie pasek i kolejne spodnie (1f+9f), a potem odwiedziłyśmy włoską knajpkę, w której dość długo się zasiedziałyśmy. Mieli taką fajną ofertę: 11funtów za starter, main course i dessert. Zamówiłam garlic bread with cheese, lasagne i cheese cake. Pychota! Ale ledwo żeśmy wstały od stołu - takie byłyśmy pełne. Następnie krótki spacer (już w ciemnościach, więc mój aparat był kompletnie bezużyteczny), próby odszukania samochodu, a potem drogi do domu i oto jestem. Uboższa o kolejne 25funciaków! Ale raz się żyje, nie? :)
Jutro lecę na urodziny Malin. Zamierzam dotrzeć do jej domu samochodem, więc proszę trzymać kciuki, aby zderzak tym razem nie ucierpiał :)
Pierwszy babysitting
... za mną. Dzieciaki śpią, a ja pewnie za chwilę też zawitam do łóżka. Miałam ich od godziny 18, i ogólnie było spoko. Obejrzeliśmy film o tym surfurze - pingwinie, potem kąpiel, a następnie kładzenie się spać. I tu zaczął się problem. Laura zaczęła lamentować, że nie pójdzie spać zanim nie powie dobranoc mamie. Matthew koniecznie chciał żeby tej nocy spali razem. Więc stwierdziłam - ok. Może leżąc w jednym łóżku będzie im przyjemniej i łatwiej zasnąć. Nic bardziej mylnego. Zaśnięcie zajęło im ponad godzinę! Zamiast przed 21 zasnęli po 22. Nie wiem czy to kwestia bycia wypoczętym i wyspanym po sobocie, czy brak rodziców w domu, czy ta cała ekscytacja możliwością spania razem. W każdym bądź razie wiem, że następnym razem muszą zdecydowanie wcześniej wylądować w łóżku, skoro tyle im zajmuje zaśnięcie, no i każdy ląduje w swoim pokoju, żeby uniknąć dodatkowego nakręcania się.
A z przyjemniejszych rzeczy - dzisiaj bardzo fajny spacer z Karoliną (duńska au pair), a jutro wizyta w Kingston Upon Thames.
A z przyjemniejszych rzeczy - dzisiaj bardzo fajny spacer z Karoliną (duńska au pair), a jutro wizyta w Kingston Upon Thames.
20 sty 2012
Ten zły dzień
No niestety jak jest bardzo dobrze to zawsze nadchodzi taki moment/chwila/dzień, który to nasze "bardzo dobrze" rozpieprza w drobny mak. Ja w czwartek miałam dość pracowity dzień. Musiałam pamiętać o wielu rzeczach, podjechać w kilka miejsc. I wszystko było ok. Nawet dumna z siebie byłam, że tak dobrze mi idzie. Wracałam już z Matthew do domu, podjeżdżałam pod dom, parkuję... i bach. Rozwaliłam samochód.... :( tzn rozwaliłam to za dużo powiedziane... kawałeczek zderzaka na rogu zniszczyłam... Zahaczyłam o ich murek! Bo zawsze parkuję zbyt blisko prawej strony, no to tego dnia powiedziałam sobie ze muszę w końcu zrobić to porządnie i zaparkować trochę bliżej lewej... no to zaparkowałam... Jestem na siebie wściekła i jest mi cholernie głupio. Co prawda nie był to żaden niebezpieczny wypadek, nie było żadnego zagrożenia dla mnie, dzieci, dla innych. Ot, odpadł kawałek zderzaka. Ale żeby taką głupotę zrobić... metr od domu przywalić... w głowie mi się nie mieści. No ale trzeba wziąć się w garść i iść dalej do przodu. Matthew mnie pocieszył, że nie jestem pierwsza - ich poprzednia au pair zaryła o drzewo. A Tonia i Richard na całe szczęście nie wyglądali na jakoś bardzo wkurzonych. Myślałam, że będę musiała zapłacić za mechanika, ale dzisiaj się dowiedziałam, że tylko będę robiła dla nich ekstra babysittingi za darmochę. Ale ogólnie humor mi trochę siadł przed weekendem.
18 sty 2012
Codzienność au pair
Kiedy czyta się blogi au pair przeważają w nich posty o fascynujących weekendach, imprezach, zwiedzaniu, nowo poznanych ludziach. O życiu codziennym raczej nikt nie pisze. A nie pisze, bo nie ma o czym. Ta szara codzienność jest niezwykle monotonna i nużąca. W moim przypadku wygląda to następująco:
7:00 zwlekam się z łóżka i doprowadzam do stanu używalności. Schodzę na dół do kuchni, robię sobie herbatę, wyjmuję miski dla dzieciaków na płatki, idę do samochodu zeskrobać szron z okien.
~7:20 wspólne śniadanie. Potem trzeba zagonić dzieciaki do mycia zębów, zapleść Laurze warkoczyka, Matthew wychodzi z tatą wyprowadzić psa na spacer.
8:00 wyjazd do szkoły. Matthew zaczyna zajęcia o 8:15, Laura o 8:30.
9:00 – 15:00 Teoretycznie czas wolny. Praktycznie – trzeba zrobić dzieciom pranie, wyprasować ich ciuchy. Z reguły dwa razy na tydzień. Do tego czasami zamieść podłogę w kuchni, czy też ogarnąć swoje „królestwo”. Poza tym, ja za ekstra kasę zgodziłam się prasować ciuchy rodziców. A w między czasie trzeba sobie zrobić lunch, umyć włosy, a czasami zrobić makijaż, jak mam w planach gdzieś wyjść. No i oczywiście sprawdzić to i owo w necie :)
15:00 wyjazd po dzieci. Z reguły Laura kończy zajęcia o 15:25, a Matthew o 15:45. Raz w tygodniu obydwoje kończą po 16. Po przyjściu ze szkoły od razu zabierają się za pracę domową. Codziennie jest to czytanie, a oprócz tego czasami jakiś worksheet z matematyki bądź angielskiego. Poza tym dzieci powinny codziennie poćwiczyć grę na instrumentach. Laura gra na pianinie, Matthew na trąbce. Dodatkowo od wtorku do czwartku mają zajęcia dodatkowe: pływanie, piłka nożna, skauci. Godzina na którą mam im przygotować posiłek zależy od tego na którą mają te wszystkie extra classes.
~18-19:00 rodzice wracają z pracy. Od tej godziny teoretycznie jestem wolna, ale wiadomo jak to bywa. Jak dziecko poprosi żebym z nim zagrała w karty, to przecież mu nie powiem, żeby spadało, bo ja już mam wolne i nie pracuję wieczorami.
Po godzinie 19 rodzice przygotowują dzieciom kąpiel, czytają książki na dobranoc, kładą spać.
Raczej nie będę miała żadnych babysittingów w tygodniu, mimo, że przewiduje to moja umowa. Babysittingi mogą mi się trafić czasami w sobotę, ale nie są obowiązkowe, jeżeli mam inne plany na weekend to rodzina bierze kogoś innego. Oczywiście weekendowy babysitting mam ekstra płatny.
Ogólnie rzecz biorąc, jak już wielokrotnie pisałam, nie jest źle :)
A tutaj sobie mieszkam:
Evelyn Way
April Cottage

I muszę jeździć tym bydlakiem:

EDIT: dzisiaj pada deszcz, jest ponuro, chłodno i wilgotno... ja chce wiosnę!
7:00 zwlekam się z łóżka i doprowadzam do stanu używalności. Schodzę na dół do kuchni, robię sobie herbatę, wyjmuję miski dla dzieciaków na płatki, idę do samochodu zeskrobać szron z okien.
~7:20 wspólne śniadanie. Potem trzeba zagonić dzieciaki do mycia zębów, zapleść Laurze warkoczyka, Matthew wychodzi z tatą wyprowadzić psa na spacer.
8:00 wyjazd do szkoły. Matthew zaczyna zajęcia o 8:15, Laura o 8:30.
9:00 – 15:00 Teoretycznie czas wolny. Praktycznie – trzeba zrobić dzieciom pranie, wyprasować ich ciuchy. Z reguły dwa razy na tydzień. Do tego czasami zamieść podłogę w kuchni, czy też ogarnąć swoje „królestwo”. Poza tym, ja za ekstra kasę zgodziłam się prasować ciuchy rodziców. A w między czasie trzeba sobie zrobić lunch, umyć włosy, a czasami zrobić makijaż, jak mam w planach gdzieś wyjść. No i oczywiście sprawdzić to i owo w necie :)
15:00 wyjazd po dzieci. Z reguły Laura kończy zajęcia o 15:25, a Matthew o 15:45. Raz w tygodniu obydwoje kończą po 16. Po przyjściu ze szkoły od razu zabierają się za pracę domową. Codziennie jest to czytanie, a oprócz tego czasami jakiś worksheet z matematyki bądź angielskiego. Poza tym dzieci powinny codziennie poćwiczyć grę na instrumentach. Laura gra na pianinie, Matthew na trąbce. Dodatkowo od wtorku do czwartku mają zajęcia dodatkowe: pływanie, piłka nożna, skauci. Godzina na którą mam im przygotować posiłek zależy od tego na którą mają te wszystkie extra classes.
~18-19:00 rodzice wracają z pracy. Od tej godziny teoretycznie jestem wolna, ale wiadomo jak to bywa. Jak dziecko poprosi żebym z nim zagrała w karty, to przecież mu nie powiem, żeby spadało, bo ja już mam wolne i nie pracuję wieczorami.
Po godzinie 19 rodzice przygotowują dzieciom kąpiel, czytają książki na dobranoc, kładą spać.
Raczej nie będę miała żadnych babysittingów w tygodniu, mimo, że przewiduje to moja umowa. Babysittingi mogą mi się trafić czasami w sobotę, ale nie są obowiązkowe, jeżeli mam inne plany na weekend to rodzina bierze kogoś innego. Oczywiście weekendowy babysitting mam ekstra płatny.
Ogólnie rzecz biorąc, jak już wielokrotnie pisałam, nie jest źle :)
A tutaj sobie mieszkam:
Evelyn Way
I muszę jeździć tym bydlakiem:
EDIT: dzisiaj pada deszcz, jest ponuro, chłodno i wilgotno... ja chce wiosnę!
Subskrybuj:
Posty (Atom)