10 sty 2012

Takie tam :)

Dzieciaki wróciły po przerwie świątecznej do szkoły. Ale o dziwo, mimo, że miałam mniej roboty czuję się bardziej zmęczona niż wczoraj. No ale nie o tym miało być... Kiedy dzieciaki się edukowały ja przeszłam się po okolicy. Poza tym, że jest tu stacja kolejowa, przystanek autobusowy, pub i stadnina koni to są tylko domy, domy, domy... ale za to jakie! Naprawdę ładne.
A tak poza tym, to w deszczowej Anglii nie widziałam jeszcze kropelki deszczu, temperatura przekracza 10stopni, aura jest iście wiosenna, w sam raz dla mnie.
Jeżeli chodzi o moje postępy w prowadzeniu auta, to jest coraz lepiej. Lewa strona to już nie problem, jeszcze tylko troszkę się stresuję rozmiarem auta i nie do końca mam rozeznanie w okolicznych drogach. Jednocześnie wychwalam w myślach człowieka, który wymyślił automatyczną skrzynię biegów! Jak to ułatwia życie! Dodatkowo jestem pod wrażeniem kultury kierowców na tutejszych drogach. Tutaj nikt nie trąbi na mnie, bo jadę za wolno, nie wyprzedza na trzeciego, ludzie chętnie przepuszczają samochody chcące włączyć się do ruchu. W takich warunkach jazda to przyjemność!

Na koniec widok z mojego pokoju ;)

Piątka angielskich dzieci, pies i ja :)

Pierwszy test za mną. Ze względu na pewien splot okoliczności miałam dzisiaj pod swoją opieką trochę więcej dzieciaków niż moją standardową dwójkę. O 10 Clare(mama) przywiozła do nas dwójkę swoich dzieci Annabelle i James'a żeby się trochę razem pobawiły. Miały zostać do 14, ale bardzo prosiły o możliwość zostania dłużej i pozwoliliśmy im na zostanie do 15:30. W między czasie o 15 wpadł jeszcze jeden chłopczyk - George, który został do 17. Więc w pewnym momencie miałam takie mini przedszkole. Z jednej strony to nawet było mi na rękę, bo przez większość czasu dzieciaki bawiły się same, a ja je tylko monitorowałam, bądź chwilami się do nich dołączałam. Ale z drugiej strony to było trochę męczące. Trochę się zakręciłam w trakcie robienia posiłków (jeden kawałek mięsa zamiast na talerzu wylądował w paszczy psa:D) i w sumie ogarnięcie się w kuchni było największym problemem. Ale podsumowując ten dzień, wydaje mi się, że jak na pierwszy raz było ok. Jutro rozpoczyna się codzienne chodzenie do szkoły i mam nadzieję, że szybciutko dostosuję się do ich planu dnia.
A ze spraw pozazawodowych to dzięki Toni(hm) udało mi się nawiązać kontakt ze skandynawską au pair Karoliną, która przyjechała wczoraj i mieszka w tej samej okolicy. Mamy zamiar umówić się jakoś na kawę w tygodniu. Mam nadzieję, że złapiemy jakiś kontakt. Miło by było mieć kogoś w pobliżu z kim można by się spotkać, pogadać, czy poumawiać na wspólne wycieczki.

8 sty 2012

My second day

Jest dobrze! To tak w wielkim skrócie :) Dzisiaj po raz kolejny ćwiczyłam swoje umiejętności na drodze, obejrzałam kolejny odcinek 'Dr Who', przyglądałam się treningowi rugby, jechałam na rowerze (z cholernie niewygodnym siodełkiem), skakałam na trampolinie, układałam puzzle i jadłam przepyszny obiad przygotowany przez hd. Kuchnia brytyjska nie cieszy się dobrą opinią, ale jak na razie to co jada moja host rodzina jest naprawdę dobre.
Dzięki temu, że przyjechałam tuż przed weekendem miałam czas na aklimatyzację i zapoznanie się ze wszystkim. Prawdziwy sprawdzian nastąpi jutro kiedy praktycznie cały dzień spędzę z dziećmi. Jako, że jutro mają ostatni dzień wakacji to trzeba ich czymś zająć przez cały dzień. Do południa idą na play dates do kolegów, a po południu to kolega przychodzi do nas. Więc będę miała trójeczkę pod swoją opieką. Będę też musiała zrobić im lunch i tea (oni nazywają tak posiłek spożywany około 17). Oba najprawdopodobniej na ciepło, więc zobaczymy kto wygra pojedynek ja vs. kuchenka :)
Najbardziej cieszy mnie fakt, że już się trochę rozluźniłam, czuję się swobodniej w domu i w towarzystwie rodzinki. Nie jest to oczywiście pełen komfort i pewnie nigdy nie będę się tu czuła tak dobrze jak we własnym domu - nie wierzę w to, że można naprawdę stać się częścią rodziny będąc au pair - ale jest szansa, że będzie mi tu miło, przyjemnie i że nie będę się specjalnie stresować na co dzień.

My first day

Pierwszy dzień za mną. Byliśmy dzisiaj na spacerze w pobliskim lesie, i na pobliskiej polanie (nie wiem jak to nazwać po polsku, oni mówią na to ‘field’ a jest to po prostu taki pas zieleni bardzo blisko domu), pojechaliśmy też na zakupy do Mark&Spencer, zrobiliśmy rundkę samochodem po okolicy. Nadszedł też ten moment kiedy ja usiadłam za kierownicą. I muszę powiedzieć, że najtrudniejsze jest to, że ten samochód jest taki ogromny! Boję się, że o coś zahaczę, że się nie zmieszczę, nie wyczuwam w nim odstępów. I mam nawyk jechania zbyt blisko lewej strony, tak jakbym bała się, że zahaczę o samochody znad przeciwka. Ale chyba bierze się to też po części z tego, że drogi są tu bardzo wąskie i zwyczajnie mam wrażenie, że ta wielka landara nie mieści mi się na pasie :) Dom, w którym mieszka moja rodzinka jest świetny. Duży, przestronny, zadbany, ładnie urządzony, a mój pokój jest równie fajny. Dzisiaj ozdobił go wazon żonkili :) Dzieci wydają się bardzo dobrze wychowane, i praktycznie na każdym kroku widać jak rodzice starają się im wpajać pewne zasady. Co prawda dzisiaj były trochę marudne, ale było widać, że są zwyczajnie zmęczone – wczoraj późno położyły się spać. Rodzice też są niezwykle mili. Ale mimo wszystko jestem odrobinę onieśmielona całą tą nowością i pewnie minie trochę czasu zanim będę się mogła poczuć w pełni swobodnie.

7 sty 2012

Podróż Gdańsk-Londyn

Leciałam SASem, jako, że był to jedyny przewoźnik, za którego pośrednictwem mogłam się dostać na Heathrow. Zapłaciłam trochę więcej niż gdybym leciała tanimi liniami, no ale mówi się trudno. Odlot miałam o 15:50, do 15:05 miałam czas, żeby nadać bagaż (swoją drogą walizę miałam wypchaną do granic możliwości, na 23 dozwolone kilogramy, ja miałam prawie 20). Na lotnisku byłam około w pół do trzeciej - udało się rozstać bez łez! To chyba dzięki tym nerwom związanymi z podróżą, człowiek wtedy się spina i nie jest taki emocjonalny. Na przejściu komu zapiszczała brameczka? Oczywiście mnie! A jakżeby inaczej. Pani mnie obszukała, pan niechętnie przetrzepał bagaż podręczny (jak sam stwierdził wygodniej się sprawdza walizki niż plecaki) ale na całe szczęście mojego ukrytego kałasznikowa nie znaleźli ;) Tuż przed odlotem zaczęła się psuć pogoda i już myślałam, że będziemy mieli jakieś opóźnienie, a mój Airbus w Kopenhadze odleci beze mnie, ale nic takiego się nie stało. Wszystko poszło sprawnie, a kiedy znaleźliśmy się ponad poziomem tych deszczowo-śniegowych chmur widok był po prostu nieziemski! Niebo niebiesko-pomarańczowe, zachodzące słońce, chmury pod nami. Bosko po prostu. Niesamowite jest to, jak najpierw kiedy czekałam na boarding, i potem kiedy już siedziałam w samolocie nie mogłam uwierzyć, że rzeczywiście robię to co robię, że jestem tu gdzie jestem, i że czeka mnie to, co mnie czeka. Czułam przez chwilę, jakbym uczestniczyła w życiu kogoś innego :) W Kopenhadze byliśmy o czasie, a wszystkie moje obawy związane z przesiadką zniknęły w mgnieniu oka. Lotnisko jest świetnie oznakowane, przejścia dla pasażerów transferowych nie zajmują wiele czasu, naprawdę nie ma się czym stresować. Do Londynu przylecieliśmy z kilkunastominutowym opóźnieniem, potem trzeba było odstać dość długo na UK border i odebrać walizy. Byłam ciekawa czy mój bagaż dotarł razem ze mną do Anglii – otóż dotarł drodzy państwo, ale bez kółek! Wiem, że moja walizka jest słabej jakości, ale ja nie wiem co oni robili z tymi bagażami, że oderwali jej kółka! Całe szczęście mimo tego jakoś udało się ją ciągnąć za sobą. Rodzinki nie zauważyłam wśród tego oczekującego tłumu, ale na całe szczęście oni wypatrzyli mnie. Przyjechali we trójkę – HM i dzieciaki. HD musiał pojechać do Brigthon, żeby sprawdzić czy po tutejszych ostatnich wichurach ich łódka jeszcze istnieje. Do samochodu (ło matko, jakiego fajnego:) ) i w drogę! Pół godzinki i byliśmy na miejscu. Dzieciaki oprowadziły mnie po domu, Tonia zrobiła mi kolację i czas szybko zleciał, potem tylko rozpakowanie tych wszystkich klamotów, które zabrałam i próby zaśnięcia na nowym miejscu. O domu, rodzince, okolicy już niedługo napiszę.

Jestem w Anglii!

I tak oto siedzę w swoim wielkim łóżku w moim pokoju w którym spędzę kolejne osiem miesięcy. Jest sobota, godzina 2 polskiego czasu, a ja nie mogę zasnąć. Jeszcze nie rozkminiłam tutejszego wifi więc przelewam swoje myśli do worda, na bloga trafią później. Jak na razie wszystko zapowiada się dobrze, a nawet bardzo dobrze. Dom jest po prostu bajeczny, mój pokój również, dzieciaki wydają się naprawdę dobrze wychowane, a wszyscy są niezwykle mili. Ale zobaczymy co przyniesie los :) Jutro pierwsze starcie z samochodem i lewą stroną jezdni, zapoznanie się szczegółowo ze wszystkim co w domu i zobaczy się co jeszcze.

2 sty 2012

Ostatnie dni przed wyjazdem

Wyjazd już w piątek. Poziom zdenerwowania rośnie, ale jestem dobrej myśli. Ostatnie dni miałam trochę melancholijne, ale wróciłam do normy i jest już dobrze. Chociaż na lotnisku pewnie bez łez się nie obędzie. W między czasie nadszedł ten moment, że trzeba wszystko uporządkować na około siebie, pozamykać pewne sprawy i wykonać próbne pakowanie. Zamknęłam swoje konto bankowe, którego co prawda wcześniej zamykać nie chciałam, ale jak przeczytałam warunki regulaminu na kolejny rok to im podziękowałam. Zlikwidowałam też abonament w Orange, żeby nie tracić pieniędzy na coś, czego i tak używać nie będę. Wybrałam się na pocztę, żeby się upewnić, że moja mama będzie mogła odbierać przesyłki zaadresowane do mnie. Przechwyciłam od Tere naszą kartę flyforfree, no i zabrałam się za pakowanie. Wrzuciłam do walizy wszystko, co chciałam, po czym magiczna waga powiedziała mi, że tak bardzo mnie lubi, że mogę jeszcze załadować parę kilo. Bosko! Zabieram pół domu ze sobą ;) Potem z kolei wybrałam się na poszukiwania jakiś podarunków dla dzieciaków. Chciałabym im dać jakieś drobiazgi związane z Gdańskiem i Polską. Ale wybór taki trochę słaby. Dzisiaj, co prawda, widziałam prześlicznego misia ubranego w koszulkę z napisem Poland, który mogłabym podarować Laurze, ale co dać Matthew nie mam pojęcia. Na pewno dostaną najlepsze na świecie polskie słodycze: ptasie mleczko i krówki! Jutro jeszcze parę miejsc do odwiedzenia, w środę pożegnalne spotkania, najpierw z Zi, potem z Tere, w czwartek zapinanie wszystkiego na ostatni guzik, a w piątek o tej porze będę już na miejscu :)

21 gru 2011

Magiczne pudełko

Dzisiaj zostałam obdarowana przez Zi świątecznym prezentem. Jest to zestaw drobnych przedmiotów niezbędnych dla mojego udanego pobytu w Anglii. Każdy ma szczegółowy opis, co do zastosowania i powiem szczerze, że jeden z nich mnie lekko zaskoczył :) Nie zdradzę, co zawierało to piękne pudełko, ale napiszę tylko, że jest to jeden z bardziej udanych prezentów świątecznych jakie kiedykolwiek dostałam! I od razu tak miło się człowiekowi robi na sercu :) Ale takie momenty powodują też, że dociera do mnie, że będę tęsknić bardziej niż myślałam. Nie będzie już spacerów po opływie Motławy, herbaty w Tekstylnej, wypadów na mecze i na kompanów, nie będzie rodzinnych spędów, weekendowych przejażdżek do Otomina, jajecznicy w niedzielny poranek, wspólnego oglądania Szkła Kontaktowego i wielu innych rzeczy. Wiem, że to tylko osiem miesięcy i potem wszystko powróci do normy, ale jakoś tak smutno… I ten wyjazd jeszcze bardziej uświadomił mi kto tak naprawdę jest dla mnie ważny, za kim będę tęsknić, i kto mam nadzieję będzie tęsknić za mną, a kto jest po prostu jedną z wielu osób, które poznałam w życiu i której nagłego braku w ogóle nie odczuję.

18 gru 2011

Zwątpienie

Wszystko pięknie i cudownie. Jest znaleziona rodzina, jest wyjazd, jest au pairowska przygoda. Ale droga ku temu wcale nie jest taka łatwa i przyjemna jak to ją opisują w kolorowych katalogach i na stronach internetowych. Nie rzadko czeka się długo na jakikolwiek match, a jeśli już pojawi się potencjalna rodzina to nic z tego nie wychodzi. Trzeba mieć naprawdę dużo szczęścia żeby w miarę szybko znaleźć to, czego się szuka. Ja na początku byłam pełna optymizmu, entuzjazmu, wydawało mi się, że z takim poziomem angielskiego, z takim doświadczeniem i wykształceniem znalezienie rodziny to będzie bułka z masłem. Niestety rzeczywistość, jak to często w życiu bywa, okazała się daleka od wyobrażeń. Co prawda dość szybko odezwała się do mnie rodzina z Yorkshire, która wydawała się idealna dla mnie, ale nic z tego nie wyszło o czym już pisałam tutaj. A potem były długie tygodnie czekania… pamiętam ten okres przestoju, kiedy żadna z rodzin przesyłanych mi przez agencję nie wykazywała zainteresowania, a ja już powoli traciłam nadzieję, że mój wyjazd dojdzie do skutku. Taka sytuacja w niewiarygodny sposób potrafi obniżyć człowiekowi samoocenę i wiarę we własne możliwości. W pewnym momencie byłam nawet skłonna zdecydować się na niepracującą host mum, co wcześniej absolutnie wykluczałam. Zaczęłam obniżać swoje wymagania, co mogłoby się skończyć tym, że wylądowałabym w miejscu, do którego wcale nie chciałabym pojechać. I to tylko dlatego, że zwyczajnie miałam już dość szukania, że chciałam mieć to już za sobą. Na całe szczęście do tego nie doszło. W końcu nadeszły te dni, kiedy zła karta się odwróciła. Nagle ni stąd ni zowąd pojawiło się kilka fajnych rodzin, które były mną poważnie zainteresowane, w tym ta, do której zdecydowałam się pojechać. Co prawda wybuch radości zastąpiło raczej poczucie ulgi, ale cieszę się z mojego wyboru i uważam go za słuszny. Co nie zmienia faktu, że czasami nachodzi mnie pytanie „Co by było gdyby…?”

Szukanie rodziny goszczącej potraktowałam jako pewnego rodzaju trening przed przyszłym szukaniem pracy. Wtedy człowiek też nerwowo czeka na jakikolwiek mejl bądź telefon, a poziom zwątpienia i rezygnacji wzrasta z każdym dniem. I chociaż łatwiej to powiedzieć niż zrobić, to tak jak w każdej trudnej sytuacji, trzeba wierzyć, że się uda i nie poddawać się. A do tego otaczać się ludźmi, którzy dobrze nam życzą, wierzą w nas i wpierają! Pamiętam ten moment, kiedy przyszłam prawie ze łzami w oczach powiedzieć mojej mamie, że mimo wcześniejszych ustaleń jednak nie jadę do Yorkshire. Powiedziała mi wtedy z taką niesamowitą pewnością w głosie „widocznie ma ci się trafić coś lepszego”. No i trafiło! Mama jak zwykle miała rację ;)

14 gru 2011

there's nothing wrong

Piosenka, która prześladuje mnie od wczoraj:


A poza tym to popadłam w jakiś marazm. Nic mi się nie chce, na nic nie mam ochoty, jeszcze w dodatku muszę pewne zaległe papierkowe sprawy uregulować, które niesamowicie mnie frustrują. Something's wrong niestety.

6 gru 2011

Mój prywatny au pairowski alfabet

A jak Anglia oczywiście.

B jak BBC, które zapewne będę oglądać godzinami :)

C jak Chelsea FC. Favourite team, której baza treningowa znajduje się parę kroków od miejsca gdzie będę mieszkać.

D jak dół i deprecha. Zdarzało się, kiedy skrzynka mejlowa świeciła pustkami.

jak duma. Że się zdecydowałam, że jadę, że dam radę!

E jak entuzjazm.

jak EURO 2012. Jedyny minus wyjazdu - nie będzie mnie wtedy w Polsce.

F jak filologia angielska. Czegoś mnie chyba jednak na niej nauczyli…

G jak Gdańsk.

H jak HappyAuPair.

I jak pani Iwona, wytrwale szukająca mi host family.

J jak Jubileusz Królowej Elżbiety, już w czerwcu!

K jak Kastrup. Lotnisko w Kopenhadze, gdzie będę się przesiadać.

L jak Laura. Sześciolatka, przyszła aktorka i tancerka.

M jak Matthew. 8 lat. Zapalony fan i zawodnik rugby.

jak Mercedes. Z automatyczną skrzynią biegów! Yes!

N jak niezależność.

O jak obawy, którymi mogłabym obdzielić stado kawalerii.

P jak prawo jazdy.

R jak Richard. Host dad.

S jak szkocki akcent jednej z hostek, z którą rozmawiałam. Prawdziwy sprawdzian umiejętności językowych.

T jak Tonia. Host mum.

jak tęsknota – nieunikniona.

U jak upychanie. No, bo jak inaczej mam zmieścić swoje życie w dwóch walizkach?

W jak wybredna. Niewiele było rodzin, które naprawdę bardzo mi się podobały i do których pojechałabym z całkowitą pewnością.

Y jak Yorkshire, gdzie o mało nie wylądowałam. Trochę żal, ale chyba dobrze się stało

Z jak zwiedzanie. Główny i nadrzędny cel wyjazdu.

5 gru 2011

pierwsze przygotowania

Do mojego wyjazdu zostały 32 dni. Jako, że szczególnie zapracowana nie jestem to się już powolutku do tego dnia przygotowuję. Parę dni temu załatwiłam sprawę ubezpieczenia (Euro26), wybrałam swój prezent świąteczny, który na wyjazd będzie jak znalazł, zmierzyłam torby i walizy, aby wybrać tę która najbardziej odpowiada wymaganiom SAS oraz zrobiłam listę rzeczy, które muszę ze sobą zabrać. Niestety lista jest dość długa, ale zapewne zweryfikuje ją próbne pakowanie. Napisałam też do obecnej au pair moich przyszłych hostów czy ma może jakieś wskazówki dla mnie odnośnie tego co brać, a co lepiej zostawić w domu. Wypytałam ją też jeszcze o pewne szczegóły dot. naszych obowiązków, tak żeby już być na 200% pewnym, że wszystko wiem. Co prawda wczoraj hości przesłali mi swój au pair handbook, gdzie wszystko jest opisane w drobnych szczegółach, ale zawsze warto wiedzieć jak to wygląda od tej drugiej strony. Ostatnim razem Derya chętnie odpowiedziała na moje pytania, więc mam nadzieję, że teraz będzie podobnie. Teraz tylko trzeba pomyśleć nad jakimiś upominkami dla małych... jakoś nie mam pomysłu:/

2 gru 2011

Best British Romantic Comedies!

Jako, że zbliżają się Święta, czyli teoretycznie czas radości, relaksu i odpoczynku to w ramach duchowych przygotowań do tego okresu powróciłam do jednych z moich ulubionych filmów i jednocześnie chyba najlepszych komedii romantycznych, jakie w życiu widziałam. Znam je już na pamięć, bo oglądałam je chyba z milion razy, ale za każdym razem bawią mnie tak samo jak gdybym oglądała je po raz pierwszy.

Oto moja wielka trójka:

Cztery wesela i pogrzeb.

Absolutny klasyk. Subtelny, angielski humor. I jeden z ulubionych cytatów filmowych:

Charles: Do you think there really are people who can just go up and say, "Hi, babe. Name's Charles. This is your lucky night?" Matthew: Well, if there are, they're not English.

A na dodatek Rowan Atkinson:)



To właśnie miłość.

Trochę nietypowa komedia romantyczna. Piękne historie, zabawne dialogi, czołówka brytyjskich aktorów, niesamowity Billy Nighy oraz najprzystojniejszy brytyjski PM w dziejach w TEJ scenie:D


Dziennik Bridget Jones.

Nie wiem jak można nie kochać tego filmu. Naprawdę nie wiem:)


Jeśli ktoś jeszcze jakimś cudem ich nie widział, to powinien nadrobić zaległości! Warto!

czapka najlepszym przyjacielem kobiety

Życie to ciągła sinusoida. Raz lepiej, raz gorzej. I to zarówno jeśli chodzi o sprawy ważne, jak i zwykłe pierdoły. Wiąże się to z przeżywaniem raz na jakiś czas "wielkich dramatów", jak choćby nieudana impreza, ohydny deser za 20zeta, oczko w rajstopach, zgubiony kolczyk, źle ułożone włosy. Tych ostatnich dotyczy mój dzisiejszy "dramat". Odpowiedzialna za niego jest moja fryzjerka, którą wielbię nad życie za to, że jako jedna z nielicznych w tym mieście potrafi ujarzmić moje włosy. Niestety okazało się, że mistrzyni cieniowania kompletnie nie radzi sobie z grzywką! To co mi dzisiaj zrobiła... no cóż... mówiąc delikatnie nie spełniło moich oczekiwań. Po prostu złe cięcie skutkujące tym, że mam coś jak kawałek grubego dywanu na czole. A miał być taki miły powrót do dzieciństwa - ostatni raz grzywkę miałam jakieś 15lat temu. Dlatego od dzisiaj kocham moją czapkę miłością wielką i prawdziwą i zamierzam się z nią nie rozstawać przez najbliższe tygodnie. Oby tylko się w końcu porządnie zimno zrobiło! Na poprawę humoru - kawa i drożdżówka i uświadomienie sobie, że moje włosy rosną z prędkością światła, więc koszmar grzywkowy nie potrwa długo:)

No! Nie ma to jak rozpocząć dzień od babskiego marudzenia! Od razu mi lepiej;)

FLIGHT DETAILS :)

Flight: Fri 6 Jan 2012

15:50 - 16:50 Gdansk, Lech Walesa - Copenhagen, Kastrup (Terminal 3)

Stop over at: Kastrup: 1h 25m

18:15 - 19:15 Copenhagen, Kastrup (Terminal 3) - London, Heathrow (Terminal 3)